Informacje

Znajdziecie nas także na: FANFICTION.NET oraz FACEBOOKu.

sobota, 26 marca 2016

Rozdział 4. COMING OUT PARTY

RICH B. NAPISZE WSTĘP, PONIEWAŻ BB JEST ZBYT LENIWA HEHEHE.
WESOŁYCH ŚWIĄT!

Przepraszamy, że tak długo czekaliście na rozdział, ale niestety ostatnio mam naprawdę wiele obowiązków i brakuje mi zapału do prowadzenia tego bloga. Okazało się, że dwa wątki w poniższym rozdziale musiały zostać zmienione, dlatego zajęło mi to tyle czasu. Następne rozdziały nie będą ukazywały się tak często jak to miało miejsce w tamtym roku, ale na pewno nie będziecie musieli czekać tak długo.
Zarzucono nam też, że "żebrzemy o komentarze". Nie, nie żebrzemy, po prostu ilość wyświetleń bardzo, bardzo różni się od liczby komentarzy. Piszemy dla siebie, ale jednak publikujemy dla czytelników, stąd nic dziwnego, że chcemy dostać jakieś konstruktywne opinie.
Wiem, że ten rozdział jest taki, jakby to ująć... Mało dynamiczny, ale po pierwsze po poprzednim rozdziale chciałyśmy napisać coś spokojniejszego, a po drugie to dopiero preludium do czegoś większego. Planujemy bardzo duży zwrot w tej historii i wydaje mi się, że następne rozdziały będą naprawdę interesujące.
Zapraszam do lektury i wszystkim życzę wesołych świąt!
Rich B.






  Przez pewien czas w Hogwarcie zapanował mroczny klimat. Oczywiście fakt, że całe zajście było ukartowane przez Dumbledore’a, nie wyszedł na światło dzienne – dyrektor szantażem powstrzymał uczestników przed wyjawieniem jego małej tajemnicy – w końcu on znał ich nie tak małe tajemnice! Powrót zaginionych ucieszył wielu, ale nie był to czas samej sielanki! Szczególnie wstrząsająca była śmierć Gregory’ego Goyle’a – Crabbe zaszył się po tej informacji na kilka długich wieczór w dormitorium i przytulając się do rzeczy zmarłego, płakał. Pogrzeb odbył się kilka dni później, a w pierwszych rzędach siedzieli „cudownie uratowani”, którzy stali się swojego rodzaju celebrytami. Mimo że większości to nie pasowało, to dwie osoby starały się czerpać jak najwięcej ze swej niezaszczytnej sławy. Sophie i Draco na ten czas zrezygnowali z obrażania się i kpin oraz wytykania różnic, jakie ich dzieliły, gdyż – według nich – łączyło ich w tym momencie znacznie więcej. Jako najlepiej wyglądający w Hogwarcie i jedni z najbogatszych na świecie, z chęcią udzielali wywiadów do „Proroka” na temat swojego cudownego ocalenia i codziennej walki z tragicznym losem oraz wspólnie dawali sobie robić zdjęcia. Oczywiście tylko wtedy, kiedy Fred i Judith nie widzieli.
Fred powrócił do swojego sklepu, by dalej prowadzić z bratem interes. Jako że maksymą Weasleya było to, by nie brać życia na poważnie, stwierdził, że zawsze mogło być gorzej! Włosy miał całe, żył i wróciła do niego kobieta jego życia! Czego chcieć więcej? Może jedynie tego, by twój brat bliźniak nie chodził za tobą dosłownie krok w krok, szczególnie kiedy masz zamiar się załatwić?
Za to po Judith wydawało się, że nic jej cała sytuacja nie ruszyła. Goyle nie był wielką stratą – w końcu nie był kotem. Co prawda tydzień zajęło jej domycie się, by uwolnić się od zapachu świniokłaków, a drugi tydzień domywała Pana Wąsika, który – jak się okazało po kilku dniach – wykradł jakimś cudem kość z lewego przedramienia Goyle’a i ukrył ją pod łóżkiem dziewczyny.
Co do najważniejszej osoby z tego towarzystwa – Blaise Zabini został wysłany na leczenie psychiatryczne do Świętego Munga. Oczywiście na specjalne życzenie Snape’a, gdyż Albus nie widział niczego złego w postępowaniu chłopaka. W końcu czasami eksperyment wymknie się spod kontroli, prawda?
Luna dalej  była Luną – rzecz jasna nikt nie wiedział o jej mrocznej tajemnicy, więc dalej chodziła po zamku nocą. Jednak teraz ze swoim nowym, niewidzialnym kolegą – Gregorym.
Pansy Parkinson zareagowała na wszystko w całkiem nietypowy dla siebie sposób – stara Pansy pewnie udzielałaby chętnie wywiadów do gazety wraz z Sophie i Draconem. Nowa Pansy przez co prawda tylko zawrotne dwa tygodnie – ale jednak! – chodziła w długich szatach, wiązała włosy w ciasny kok, co upodobniało ją nieco do Minerwy McGonagall i nie odzywała się zbyt często. Kiedy jednak już jej przeszło i stwierdziła, że nic nie zje jej włosów, to doznała pewnego pożytku z całej sytuacji – jej miłość do Malfoya zniknęła bezpowrotnie. Zamiast tego zaczęła umawiać się ze swoim kolegą ze Slytherinu, Theodorem Nottem.
Jednak – żebyście, drodzy czytelnicy, nie pomylili przypadkiem Hogwartu z Disneylandem – warto napomknąć o Harrym Potterze i Ronaldzie Weasleyu. Cudowny chłopiec nie przeżył co prawda traumy zbyt wielkiej – w zasadzie przebywanie w Pokoju Życzeń było i tak nieco lepsze niż mieszkanie z Dursleyami – ale pokłócił się ze swoim najlepszym przyjacielem. Fred i Ron nie omieszkali poinformować Ginny o zdradzie, jakiej dopuścił się Harry w Pokoju Życzeń. Na domiar złego Potter zerwał z dziewczyną ze słowami „to boli mnie bardziej niż ciebie” – okazało się, że rzeczywiście bolało bardziej, gdyż Ginevra postanowiła rzucić na niego Upiorogacka. Na drugi dzień dostał dziwną przesyłkę, która wybuchła mu prosto w twarz – w zasadzie nie musiał podejrzewać, kto ją wysłał, bo była podpisania „Fred i George”. Ron natomiast uporczywie milczał i omijał go szerokim łukiem. Cóż, Harry Potter miał nadzieję, że wszystko wróci wkrótce do normy!
Ale nie. Nic nie wróciło do normy.
Severus Snape wydawał się tego dnia poirytowany bardziej niż zwykle. Nie dosyć, że musiał przyjąć z powrotem wszystkich swoich uczniów, co kłóciło się z jego sumieniem – bo czemu, do czorta, nie mogli przyjść na jego zajęcia, skoro byli w Hogwarcie – to na dodatek zaczął zastanawiać się, czy nie powinien zdecydować się jednak na współpracę z Czarnym Panem, bo nawet on wydawał się normalniejszy niż ALBUS DUMBLEDORE! Jednak wówczas przypomniał sobie, że Dumbledore przynajmniej nie każe mu smarować niczym swoich pleców, więc pozostanie po jasnej – jasnej?! – stronie mocy wydawało się lepsze.
Spojrzał z irytacją na swoich uczniów i rozwinął pergamin, który otrzymał rano od dyrektora. Przebiegł po nim wzrokiem.
– NIE! – warknął.
– Co znowu? – mruknęła Sophie, chowając aż ze zdenerwowania swoje katalogi modowe pod ławkę.
– Myślałam, że nie masz kasy – stwierdziła Judith.
– Fred dał mi swoją złotą kartę – wymamrotała niewyraźnie Meyers z dziwnym blaskiem w oku i powróciła do oglądania kolekcji zimowej. – Teraz on będzie moim tatusiem!
– Sophie, to naprawdę źle zabrzmiało – odparła Rhodes. – I chyba ktoś powinien go ostrzec – dodała ciszej.
– CICHO BĄDŹCIE! MINUS DZIESIĘĆ PUNKTÓW! – krzyknął Snape, ale na dziewczynach już to nie zrobiło wrażenia. Kto by się przejmował po pięciu latach edukacji? – A ty! – wskazał na Malfoya, który siedział w ławce z dziewczynami. – CHODŹ TUTAJ I PRZECZYTAJ TO!
– Ale co? – mruknął niewyraźnie Draco, ale podniósł się z miejsca.
– Mnie to nie przejdzie przez gardło – syknął Snape i podał mu pergamin.
Malfoy odkaszlnął i zaczął czytać:
– Z okazji wydarzenia – którego na razie nie mogę wam zdradzić, gdyż owiane jest tajemnicą! – na wszystkich zajęciach będziecie przygotowywać… Dekoracje? – Malfoy spojrzał pytająco na Snape’a, ale ten schował już twarz w rękach, mamrocząc pod nosem coś, co brzmiało jak „nie, nie, nie”.
– Jakie dekoracje? – spytała Judith. Udawała zimny ton głosu, jednak tak naprawdę czuła wewnątrz dziwne podniecenia – zawsze chciała zrobić girlandy w kształcie kotów.
– Dalej jest napisane, że będziemy nimi ozdabiać Wielką Salę – powiedział Draco, który szybko przejrzał tekst. Odsunął się trochę od Snape’a, który dostał nerwowych drgawek. – Mamy czas do połowy grudnia.
– No w końcu! – zawołała triumfalnie Sophie.
– Co jest? Znalazłaś ciekawe buty na zimę? – zapytała Judith z udawanym przejęciem.
– Nie! Ale widać jaka z ciebie przyjaciółka! – prychnęła dziewczyna. – Dwudziestego grudnia są moje urodziny, pewnie Dumbedore chce zrobić dla mnie imprezkę! Sophie – dziewczyna, która igrała z ogniem!
– Sama sobie wymyśliłaś te przezwisko? – burknęła Rhodes. Jej wypomina brak pamięci o urodzinach, a kto zapomniał, że jej przyjaciółka kończy siedemnaście lat za dwa dni? NO KTO?!
– Tak, na pewno chodzi o twoje urodziny, ty… Tyy… – zaczął Snape, czerwieniąc się coraz bardziej. Był tak zły, że aż nie mógł wymyślić, żadnej ciętej uwagi! On! Mistrz bycia wrednym! – Ty pusta dziewucho!
– Nie taka pusta, mam kartę Freda – zarechotała dziewczyna i wróciła do oglądania katalogów. Severusowi zadrgała jeszcze mocniej powieka. Wstał od biurka i na sztywnych nogach wyszedł z sali.
– Chyba nie mamy już dzisiaj zajęć – stwierdził Draco, wracając na swoje miejsce. – Judith, idziemy się zabawić?
– Jasne, czemu nie? – Dziewczyna wzruszyła ramionami.
– Tylko wróćcie do obiadu z tego… Z tego co macie zamiar robić! Będę rozdawać wam zadania! To będą IDEALNE urodziny – zawołała Sophie z pasją w głosie.
Sophie weszła do Wielkiej Sali jak na przyszłą dziedziczkę tronu przystało (no cóż, dzieci z nieprawego łoża może i się nie liczą, ale kto by się przejmował takimi niuansami?). Szła do stołu swojego Domu z uniesioną głową i dumnie stukając swoimi nowymi, niebotycznie wysokimi szpilkami od Merlina Blahnika. Po jej prawej stronie szła Judith, która rzucała nienawistne spojrzenia wszystkim, którzy tylko odważyli się na nią spojrzeć. Zgodziła się zostać prawą ręką dziewczyny, gdyż ta zafundowała jej, a raczej Panu Wąsikowi, obrożę wysadzaną diamentami. Wyglądał teraz jak prawdziwy arystokrata! Po lewej stronie Meyers szła Luna. Dziewczyny postanowiły na nowo się z nią zaprzyjaźnić, ponieważ Sophie stwierdziła, że idealnie będzie pasowała do jej „orszaku”.
– Zrobiłam wam katalogi – oznajmiła z dumą blondynka, a Judith je rozdała. – Chcę, aby na moich urodzinach były puchate kule przy suficie, wszędzie pełno piór i futra! Ma być jak u księżniczki! I chcę tron! Dodatkowo wszystko ma być w odcieniach bladego różu i kości słoniowej!
– Jeszcze czego – fuknęła Ginny, starając się opanować, ale widok Luny wyprowadzał ją z równowagi. Po chwili Weasleyówna zerwała się z miejsca i złapała swoją byłą przyjaciółkę za włosy. Sophie spojrzała najpierw obojętnie na całą sytuację, ale po chwili stwierdziła, że tylko ona może nosić tutaj boba!
– Virgino, przestań szarpać moją słu… Lunę! – zawołała z naganą w głosie.
– GINNY TO SKRÓT OD GINEVRY! – warknęła Weasleyówna i popatrzyła ze złością na Sophie.
– Tak, tak, nam też przykro, że Harry z tobą zerwał… A tak naprawdę to nic nas to nie obchodzi, więc może zaczniesz zajmować się czymś sensownym – chociażby roznoszeniem moich katalogów?
Ginny znowu posłała Meyers nienawistne spojrzenie.
– Doprawdy nie wiem, co mój brat w tobie widzi – stwierdziła ze złością i zabrała swoje rzeczy z Wielkiej Sali, po czym – powędrowała w stronę wyjścia.
– Zawsze mówi, że najbardziej kocha moje wnętrze! – zawołała za nią obojętnie Sophie, po czym zwróciła się do Judith, która właśnie obskoczyła z katalogami całą Wielką Salę. – Nie wiem, co stało się z moją kartą! Nie mogłam zamówić dziesiątej pary butów!
– Wiesz… Może MA PO PROSTU LIMIT? – spytała Judith kpiąco.
– Przestań zmyślać, karty nie mają limitów – odparła Sophie. – I co to za dziwna koperta? – mruknęła, patrząc się na czerwony list, który spadł tuż przed nią . – PEWNIE TATUŚ CHCE SIĘ POGODZIĆ! Tylko dlaczego nie różowa?! Dlaczego końce tej koperty się dymią?
– Wyjec – wydusiła z siebie Rhodes i ugryzła się w język, żeby nie nazwać swojej przyjaciółki największą idiotką na świecie.
– Aha – mruknęła Sophie i ze znudzeniem rozdarła kopertę.
– SOPHIE, NIE WIEM, DOPRAWDY NIE PRZYCHODZI MI TO NA MYŚL, JAK W TYDZIEŃ MOŻNA WYDAĆ PIĘTNAŚCIE TYSIĘCY GALEONÓW – I NA CO!– Z koperty rozległ się poirytowany głos Freda – ALE GEORGE CHCE MNIE ZABIĆ I DO KOŃCA MIESIĄCA MUSIMY JEŚĆ TROCINY, WIĘC PROSZĘ, ZWRÓĆ CHOCIAŻ CZĘŚĆ SWOICH RZECZY !
Sophie zaczęła rozglądać się po sali. Fred narobił jej wstydu – teraz wszyscy pomyślą, że jej chłopak jest biedakiem i ma tylko piętnaście tysięcy galeonów!
– Chyba czas napisać do tatusia! I TY MI W TYM POMOŻESZ! – zawyrokowała, celując palcem w Judith.
– Sophie, daj spokój, nigdy nie musiałam pisać takich listów! – mruknęła Judith, siadając do stołu. Oczywiście Sophie była zmuszona do przymusowej diety, którą Meyers dostała od Zabiniego – zanim biedak trafił do Munga. Cóż, w skrócie polegała na spożywaniu różnego rodzaju celulozy maczanej w alkoholu. Zabini nakazał też w formie ćwiczeń aerobowych uprawianie seksu dziesięć razy dziennie – kiedy stwierdziły, że to niemożliwe, to wyjaśnił, że przecież wystarczy obskoczyć dormitoria trzech roczników i uważać na to, żeby wszyscy mieli przynajmniej piętnaście lat, ale jego pomysł jakoś nie przypadł im do gustu.
– TY! – Sophie wcelowała palcem w przechodzącego Malfoya. – Zapnij szatę. I pomóż mi pisać list do tatusia, masz medal w lizaniu dupy i byciu sługusem!
– Obraziłbym się, ale właśnie zaruchałem, więc mi wszystko jedno – stwierdził chłopak i przysiadł się do Sophie.
– CZEMU MALFOY SIEDZI PRZY STOLE GRYFFINDORU?! – wydarł się Potter, który właśnie wszedł do Wielkiej Sali. Ron, w tym momencie zadziwiająco szybko jak na niego, wpadł na pomysł! Cudowny pomysł, który miał dopiec jego byłemu przyjacielowi!
– Zostaw Dracona – powiedział dumnym tonem głosu Weasley i przysiadł się bliżej chłopaka, po czym objął go ramieniem. – Może siedzieć, gdzie chce!
– Możesz mnie nie dotykać swoją ufajdaną łapą, Wieprzlej? – odparł z obrzydzeniem Ślizgon, strącając z siebie rękę chłopaka.
– Nie chciałabym, byś dotykał mojego faceta – warknęła Judith, a Pan Wąsik wskoczył na stół groźnie prychając i wyginając kręgosłup. – Szczególnie, że znam twoje zamiłowanie do Ślizgonów.
Ron zaczerwienił się tak mocno, że jego rude włosy wydały się blade. Wstał i pośpiesznie wybiegł z Wielkiej Sali.
– O, nagle przy tym stole zrobiło się jakoś ładniej! – zawołała Sophie uradowana. Wciągnęła różową papeterię i różowe, puchate pióro ze swojej – również nowej – torby od Mrady. – To co mam pisać?
Po piętnastu minutach słodkiego gadania, jakie Meyers wylała na papier, sowa miała już kopertę przypiętą do nóżki. Dziewczyna cicho podała adres, pod który ptak ma lecieć – tak, żeby nikt nie mógł usłyszeć.
– Mam nadzieję, że wszyscy się najedli do syta! – zawołał Dumbledore, który wstał właśnie od stołu nauczycieli. Judith spojrzała na niego z nienawiścią, ssąc swój wacik nasączony pomarańczową wódką. Sophie nazwała to deserem. – Uczniowie z szóstego roku z grupy profesora Severusa Snape’a wiedzą, że szykuje się w Hogwarcie specjalne wydarzenie! – Meyers na te słowa zapiszczała, tupiąc nogami z przejęcia.
– Przestań, bo się zaraz posikasz – mruknęła Judith, chowając do kieszeni szaty udko z kurczaka i pieczonego ziemniaka.
– Udam, że nie widziałam, co chowasz tam pod stołem! – zacmokała z niezadowoleniem Gryfonka, nie odwracając wzroku od dyrektorka. – Zaraz wszystkim powie, że jestem Królową Hogwartu i robimy imprezę na moją cześć! Grudzień powinniśmy nazwać Sophiecember!
– Po pijaku może być to ciężko wypowiedzieć – stwierdził Draco, przypominając sobie o Zabinim. Ech, tęsknił za tym oszołomem! Przynajmniej dopóki nie będzie chciał z niego ściągnąć skóry!
– W tym roku wypada bardzo ważne święto dla nas wszystkich! Ogromna rocznica! – kontynuował Albus.
– Och, panie dyrektorze, należy chyba wrócić do nauki matematyki! Siedemnaste urodziny to nie jest pełna rocznica! – stwierdziła dziewczyna, a jej oczy dziko zalśniły.
– Sophie, nie wydaje mi się, że chodzi o twoje… – zaczęła Judith, ale została uciszona głośnym „ćśśśś”.
– Bo jak dobrze wiecie – lub nie! – zaśmiał się dobrodusznie Dumbledore, a wszyscy spojrzeli na niego jak na idiotę. Snape zaczął rytmicznie walić głową w stół. – W tym roku mija tysięczna rocznica założenia Hogwartu!
– NIEEE! – wrzasnęła Sophie, padając na kolana i waląc pięściami w ziemię. Rhodes spojrzała na nią niechętnie i zaczęła obgryzać udko, które wyciągnęła z kieszeni.
– I z tego powodu – ciągnął dalej Dumbledore, nie zważając na krzyk Gryfonki – urządzimy w naszej szkole BAL! BAL ABSOLWENTÓW!
– NIEEE! – tym razem zawył Snape.
– No dobrze, skoro wszyscy są zadowoleni! – Uśmiechnął się Albus dobrodusznie, przechodząc obok Snape’a, który szarpał swoje tłuste włosy. – To wracajcie do swoich zajęć!
– Nienawidzę go, nienawidzę! Jak tylko tatuś się odezwie, to zostanie Prawie Bezgłowym Albusem! – Skrzywiła się Meyers, z irytacją pakując przybory do torby.
– Według grafiku Blaise’a pora na piąty stosunek – stwierdził obojętnie Malfoy i też zebrał się do wyjścia.
– No tak! Po co ja ci jestem do tego potrzebna! – Judith uderzyła się w głowę. – I wiecie… Ja mam urodziny za dwa dni! – zawyła do obgryzionej kości z kurczaka.
Sophie Meyers po ABSOLUTNIE SPEKTAKULARNEJ PORAŻCE zmierzała do pokoju, w którym miało odbywać się wieczorne spotkanie redakcji „Nowin Hogwartu”, jak na skrzydłach! To ona w tym roku została redaktor naczelną gazety – i to w drodze uczciwego głosowania! Chociaż uczciwość mogła się wydawać tutaj pojęciem względnym – Meyers otrzymała jedenaście głosów, a nawet tylu uczniów nie zasiadało w redakcji. Jednak kto, na Merlina, by się tym przejmował, bo, jak stwierdził kiedyś jej przecudowny chłopak Fred Weasley, w Hogwarcie nie było samych orłów, a jeśli były, to na pewno nie uczęszczały tutaj.
Gryfonka już w głowie planowała, jakie działy założy w gazecie – wreszcie wywali artykuły Luny i Susan. Założy specjalną rubrykę, gdzie będzie przeprowadzała wywiady z nauczycielami – i uczyni to w stylu Skeeter! A także kącik wróżb – co tam T z wróżbiarstwa, przecież czyściła centaurowi kopyta! I oczywiście moda – dużo mody! A na ostatniej stronie będzie reklamować produkty ze sklepu George’a i Freda.
– Jesteś genialna – mruknęła sama do siebie, ale kiedy wkroczyła do pomieszczenia, jej skrzydła zostały podcięte. Najpierw dostrzegła Zachariasza Smitha, który dłubał w nosie, a później chyba to spożywał, bo palec z obrzydliwą zawartością zniknął w jego równie okropnej fizys. Luna Lovengood rozmawiała właśnie ze ścianą. Susan Bones flirtowała z jakimś Krukonem, którego imienia Sophie nie pamiętała i nie miała zamiaru pamiętać. A najgorsze… Najgorsze… Duża szopa włosów… Brwi nieskażone pęsetą… Trwała wada kręgosłupa, która sprawiała, że głowa pochylała się za bardzo nad książką…
– GRANGER! – wykrzyknęła Sophie. – Kto cię, do cholery, tutaj zaprosił?
– Och, Sophie, ty zawsze lubisz żartować! – powiedziała z uśmiechem Hermiona.
– Jak cholera – mruknęła pod nosem Meyers, ale starała się nad sobą zapanować. – Nie widziałam cię na spotkaniach rok temu, Hermiono! – powiedziała jak najspokojniej potrafiła.
– Chyba nie panujesz nad agresją, Sophie – powiedziała sennie Luna.
– Nom, nie jestem pewny, czy powinnaś być szefową – dodał Zachariasz.
– TY! – Sophie wcelowała palcem w Krukonkę – Lepiej bój się, żeby nie zamknęli cię w Świętym Mungu! A ty – zwróciła się jadowicie w stronę Puchona – lepiej wygrzeb sobie tego gluta spomiędzy zębów, bo robi mi się niedobrze. Jeszcze jakieś pytania? – Popatrzyła po sali z miną bazyliszka.
– Umiesz zaprowadzić porządek! – stwierdziła z uznaniem Granger.
– Nie potrzebuję twoich komplementów! Co tutaj robisz? Potraktuj to jako rozmowę kwalifikacyjną! – powiedziała Sophie, siadając na biurku.
– Hm… Chcę dostać posadę w Ministerstwie po ukończeniu Hogwartu, więc każda dodatkowa działalność mi się przyda. Poza tym… – Hermiona zaśmiała się jak nie ona – ty chodzisz z Fredem, ja z Georgem… Wiesz, jak zażyłe są ich relacje. Może my także powinnyśmy się zaprzyjaźnić? Ach i przygotowałam już parę pomysłów na artykuły! – Hermiona chwyciła przeszło stustronicowy plik kartek.
Sophie nie wiedziała, co w tej bezsensownej paplaninie wkurzyło ją najbardziej. Co, na Merlina, miało wspólnego sypianie z identycznie wyglądającymi facetami – tyle że Fred był dużo przystojniejszy rzecz jasna – z jej gazetą? Po cholerę te kartki? Gdzie pęseta? Gdzie siekiera?! Jednak wzięła głęboki oddech i powiedziała:
– Kartki są ci niepotrzebne, moja droga! Mam dla ciebie specjalny dział! – stwierdziła z wrednym uśmiechem.
– Ostatnio jesteś jakiś dziwny – mruknęła Judith, przejeżdżając palcem po plecach Malfoya. Oboje leżeli na szczycie Wieży Astronomicznej i zablokowali wejście, żeby nikt nie mógł im przeszkodzić. Od czasów ostatniego wydarzenia stanowczo nie mieli ochoty odwiedzać Pokoju Życzeń.
– Nie wiem, o co ci chodzi – mruknął Draco, poszukując wzrokiem swojej szaty. – Muszę się zbierać. Obowiązki wzywają – wymamrotał, podnosząc się z miejsca.
– Jest piątek wieczór.
– Nie mam na myśli obowiązków szkolnych – odparł obojętnie Ślizgon, zapinając mankiety szaty.
– Nie masz zamiaru powiedzieć, o co chodzi, prawda? – mruknęła Judith, zauważając, że Draco unika jej wzroku.
– Lepiej żebyś pewnych rzeczy nie wiedziała. Będziesz spać spokojniej – powiedział dziwnym tonem Malfoy i wreszcie popatrzył wprost na Rhodes. – Nie wiem, skąd wynika to twoje nagłe zainteresowanie. Zazwyczaj masz wszystko gdzieś. Może pogłaszcz sobie kota albo coś? – powiedział wrednie, a Judith momentalnie zerwała się z miejsca.
– Nie miałem tego na myśli… – mruknął cicho.
– Nie wcale – powiedziała ironicznie Judith. – Wiesz, jak będziesz miał ochotę na coś więcej niż przelecenie mnie, to daj znać – dodała zjadliwie i, narzucając na siebie sukienkę – która wcale NIE BYŁA w koty – jako pierwsza wybiegła z Wieży Astronomicznej.
Blaise Zabini z irytacją przyglądał się białym ścianom. Skonfiskowali mu cały alkohol. Nazwali go socjopatą i psychopatą. W dodatku stwierdzili, że jego homoseksualizm to choroba! CZY MOGŁO BYĆ JESZCZE GORZEJ?
– Pana godność – mruknęła pielęgniarka, od której miał otrzymywać dzisiejszą porcję leków. Cóż, jeszcze jej nie kojarzył – toteż mógł się zabawić!
–Chyba jeszcze jakąś posiadam. – Wzruszył ramionami, ale widząc poirytowany wzrok kobiety, odparł – Frank Longbottom.
– Wiem, jak wygląda pan Longbottom. Pracuję tutaj już kilkadziesiąt lat!
– Tylko pogratulować sukcesów zawodowych – wymamrotał Zabini z niepokojem patrząc, jak jakiś facet udaje doniczkę. Oby, oby te leki były dzisiaj mocniejsze niż wczoraj!
– Słuchaj, chłopcze – warknęła pielęgniarka, kładąc mu nagle grubą dłoń na ramieniu. – Pracuję tutaj kilkadziesiąt lat i miałam do czynienia z większymi cwaniaczkami niż ty, więc lepiej powiedz grzecznie, jak się nazywasz albo zafunduję ci dzisiaj sesję z elektrowstrząsami, skoro masz takie dziury w pamięci.
– Właśnie sobie przypomniałem! Blaise Zabini! – mruknął z irytacją Ślizgon, zrzucając rękę kobiety z siebie. Niechętnie wziął kubeczek z dziwnymi pigułkami. – Jeszcze sam tutaj wylądowałem… Sam… – warczał do siebie, chodząc w kółko.
– Nie wiesz, mój drogi – nagle zaczepił go wysoki blondyn. Zabini spojrzał na niego niechętnie – gdzie odbywa się spotkanie moich fanów?– spytał i Blaise już miał ochotę mu powiedzieć, że w dupie i to bynajmniej nie jego, ale…
– Och, profesor Lockhart! – wykrzyknął z promiennym uśmiechem. – Spotkanie pana fanów – a w zasadzie jednego olbrzymiego fana – odbywa się tutaj! – powiedział radośnie, wskazując na swój rozporek.
– Specjalny dział? Tylko dla mnie? – spytała się Hermiona z błyskiem w oku. Wiedziała, że jest najlepsza i że powinna zająć się najlepszym działem, ale trochę udawanej skromności nikomu nie zaszkodzi!
– Och, tak! Stwierdziłam, że ktoś tak utalentowany jak ty powinien prowadzić coś wybitnie dobrego – stwierdziła Sophie, uśmiechając się jak profesjonalna pani redaktor, którą w końcu była!
– Myślałam, że mogłabym pisać reportaże lub felietony – w końcu mam lekkie pióro, na pewno by się czytelnikom spodobały, ewentualnie interwencje, ponieważ jest sporo ważnych spraw do naprawienia w Hogwarcie – trajkotała Granger, wyobrażając sobie siebie jako najlepszą dziennikarkę na świecie. Już widziała jak trzyma w dłoni nagrodę za najbardziej błyskotliwy tekst. Hermiona Granger – Dziennikarka Roku. Nie! Stulecia! – rozmarzyła się Gryfonka.
– Nie, nie, nie – powiedziała stanowczo Sophie, wyrywając Hermionę z marzeń. – Będziesz pisać recenzje świeczek.
– Czego?
– Świeczek! Zapachowe, do masażu, relaksacyjne – wymieniała Meyers, a dziewczyna patrzyła się na nią jak na idiotkę.
– Nie mogę zajmować się czymś tak bezsensownym! – zawołała.
– Możesz i będziesz, jeśli chcesz dla mnie pracować – powiedziała zimno Sophie. Och, tak! Była prawdziwą profesjonalistką!
– Co tutaj się dzieje?! – zawołała pulchna pielęgniarka. Kilka minut wcześniej zauważyła zniknięcie dwóch pacjentów – Blaise’a Zabiniego oraz Gilderoy’a Lockharta. Aczkolwiek nie spodziewała się, że znajdzie ich za kanapą w dość dwuznacznej sytuacji. Były profesor wstał szybko z podłogi i wytarł nerwowo twarz.
– On powiedział, że to świstoklik! I przeniosę się do swoich fanów, jeśli go wezmę do ust! – powiedział zrozpaczony Lockhart. – Ale fanów nie ma!
– Ja się tam dobrze bawiłem – stwierdził nonszalancko Zabini, zapinając spodnie. Posłał swój najbardziej uroczy uśmiech pielęgniarce i mrugnął do niej. Jednak kiedy chciał odejść, ta złapała go w swój żelazny uścisk. – Kochana, wolę facetów! Nawet twój wąsik mi nie pomoże!
– Koniec tego – warknęła pięlęgniarka i zaciągnęła wierzgającego chłopaka do izolatki. – Skończyło się twoje rumakowanie. Od jutra czekają cię elektrowstrząsy – powiedziała z dziwną satysfakcją, zamykając żelazne wrota izolatki.
Sophie wpadła jak na skrzydłach do dormitorium. Jak zwykle nie zauważając niczego poza czubkiem swojego nosa, zaczęła szczebiotać:
– Jednak ten dzień jest wspaniały! Schudłam już STO GRAMÓW! Dostałam sowę od tatusia i chce się pogodzić! Tylko pragnie też poznać mojego faceta… – mruknęła z niezadowoleniem. – Ale, ale wpadłam na genialny pomysł, żeby Fred udawał urzędnika z Ministerstwa Magii albo magomedyka! Na pewno się zgodzi! Granger przyszła na spotkanie mojej gazety, ale tak ją zniszczyłam… – Sophie nagle ucichła, bo zauważyła, że nie ma żadnej odpowiedzi zwrotnej na jej paplaninę! Rzuciła okiem na Judith, która leżała pod dwiema kołdrami i Panem Wąsikiem. – Coś się stało? – zapytała.
– Malfoy… Malfoy powiedział, że mam wszystko gdzieś poza kotami – burknęła Judith, siadając na łóżku. – Myślisz, że to prawda? – dodała niepewnie.
Sophie wybuchła nagle śmiechem – który jednak pod wpływem rozwścieczonego spojrzenia Judith, ustał.
– Myślałam, że żartujesz… – powiedziała zmieszana. – No… Wiesz, Judith, nie wydajesz się być zainteresowana zbyt wieloma rzeczami – odparła jak najbardziej dyplomatycznie potrafiła. – Ale wszystko się może zmienić! Czym się interesujesz?
– Co? – spytała nieprzytomnie Rhodes, kładąc głowę na Panu Wąsiku.
– No wiesz, Zabini interesuje się alkoholem i seksem, Granger nauką, Potter Czarnym Panem, Malfoy Śmierciożercami, Fred i George dowcipami, Lavender plotkami, a ja jako wspaniała i wszechstronna pani redaktor zainteresowana modą, nowinkami ze świata, sportem i… Dobra, dobra, już przechodzę do meritum! Powinnaś się czymś zainteresować! Nie myślałaś o tym, co będziesz robić po wyjściu z Hogwartu?
Judith milczała przez chwilę.
– Nie – odparła wreszcie.
– To może jesteś dobra w jakimś przedmiocie? Transmutacja?
– Nuda!
– Zaklęcia?
– Nie.
– Opieka nad magicznymi zwierzętami? Wiesz, koty…
– Hagrid śmierdzi.
– Wróżbiarstwo?
– Przewiduję, że twój pomysł jest do dupy.
– Zielarstwo? Quidditch… Dobra, dobra, żartowałam tylko! To nie wiem! – wrzasnęła Sophie i wyciągnęła nagle z kieszeni szaty dziwną, wymiętoloną paczkę. – Zdenerwowałam się! – wyjaśniła.
– Co to? – mruknęła Judith.
– Papierosy! Pozwolą mi schudnąć do balu – odparła pewnie Meyers i odpaliła jednego, przez co zaniosła się dziwnym kaszlem – niezrażona jednak paliła dalej.
– Sophie, jesteś idiotką – odparła na to Judith i nagle przyszło jej coś do głowy! Idiotka! Z czym to mogło się kojarzyć?! – ELIKSIRY! DOSTALAM WYBITNY! – Ucieszyła się nagle.
– Tak… – odparła niepewnie Meyers, nadal kaszląc. Cóż, w obliczu takiego wybuchu radości nie miała zamiaru zdradzać tej tajemnicy.
– To moja przyszłość! Będę mistrzynią eliksirów! – zawołała Rhodes, przyciskając Pana Wąsika do siebie.
– Na Merlina, co tutaj tak śmierdzi?! – Skrzywiła się Hermiona, wchodząc do dormitorium.
– A to moja świeczka! Możesz ją zrecenzować! – wypaliła Sophie, gasząc papierosa na poduszce Lavender.
– Dzień dobry, Blaise – powiedział mężczyzna, który wszedł do jego izolatki. Był wysoki, szczupły i - rudy! Wszystko to wywoływało u Ślizgona dreszcz podniecenia. Fakt, że był jego medykiem i zagorzałym homofobem, podniecał go jeszcze bardziej. Czyż to nie wybitne zadanie dla takiego amanta jak Blaise Zabini? Przelecieć kogoś takiego?!
– Witam – odpowiedział szarmancko chłopak, przeczesując dłońmi włosy.
– Słyszałem o twoim wczorajszym wybryku, masz na to jakieś usprawiedliwienie? – spytał się mężczyzna, kucając obok.
– Obiecuję, że w tamtym momencie myślałem tylko o twoim seksownym tyłeczku – powiedział poważnie Blaise.
– Niestety, twój stan nic a nic się nie poprawia – medyk westchnął i wstał. – Panowie, bierzemy go na elektrowstrząsy.
– Dobry żart! – zaśmiał się Zabini, ale widząc dwóch rosłych pielęgniarzy, którzy wyglądali jak starsi bracia Crabbe’a i Goyle’a – Merlinie świeć nad jego duszą! – mina mu zrzedła. Cóż, na to wychodzi, że zapowiadało się elektryzujące popołudnie.
– Chcesz co zrobić?! – spytała się Sophie z niewyraźną miną.
– Pójdę do Snape’a zapisać się na dodatkowe zadania. Powiem mu, że chcę – tak jak on – zostać mistrzem eliksirów – powiedziała spokojnie Judith, nakładając sobie owsianki na talerz.
– To bardzo odważny pomysł – stwierdziła Meyers, wyobrażając sobie minę profesora, kiedy zobaczy po śniadaniu jej przyjaciółkę w swoim gabinecie.
– Wiem, jestem dzielna – oznajmiła dumnie Rhodes, ukradkiem dolewając sobie whisky do pucharu z sokiem dyniowym. Tak na dodanie sobie odwagi.
– Nie za wcześnie na alkohol? – spytał Draco, który właśnie podszedł do stołu Gryfonów. Jednak wszyscy, a szczególnie Judith, go zignorowali. – Będziesz teraz mnie ignorować? – dopytywał się dalej, siadając koło dziewczyny, jednak ta odwróciła od niego się tyłem. – Nie bądź dzieckiem!
– Nie jestem dzieckiem – powiedziała Judith, wstając pomału ze swojego miejsca. – Będę za to najlepszą mistrzynią eliksirów wszechczasów!
– Że kim?! – zawołał Malfoy.
– Idę dzisiaj do Snape’a, by wziął mnie pod swe skrzydła – oznajmiła mu dumnie, odkładając na stół kielich po soku dyniowym z prądem. Zabrała swoje rzeczy i ruszyła do wyjścia.
Draco wiedział, że Snape nie przyjmie jej na indywidualne nauczanie. Dobrze znał swojego ojca chrzestnego! Aczkolwiek widząc jak dziewczyna się oddala, płacz ugrzązł mu w gardle. Jemu! Dumnemu arystokracie! Postanowił za wszelką cenę odzyskać Judith, a mógł mu w tym pomóc tylko san Severus Snape – bo któż inny w całym Hogwarcie nadawałby się do tego lepiej?
Blaise wrócił do swojej izolatki. Może elektrowstrząsy nie były najmilszym przeżyciem w jego życiu, ale podobnie jak alkohol spowodowały, że urwał mu się film! Chłopak leżał w swoim pokoju obitym materacami i patrzył się w okno. Wtedy zapukała w nie mała, czarna sówka.
– A JEDNAK ŚWIAT O MNIE PAMIĘTA! – zawołał, bo cóż – zaczął już wątpić po tym, jak jego matka napisała mu, że go nie odwiedzi, bo jej nowy mąż nie może wiedzieć, że jej syn jest chorym pojebem. Wyrwał nerwowo ptaszysku kopertę i rozerwał ją zębami.
Kochany Blaisie! – Zaczął czytać. – Mam nadzieję, że miewasz się lepiej – decyzja dyrektora zdziwiła mnie, biorąc od uwagę, że inni Ślizgoni kwalifikują się na leczenie dużo bardziej niż Ty. Ale mniejsza o to – za kilka tygodni w Hogwarcie odbędzie się Bal Absolwentów. Masz WYJŚĆ do tego czasu, gdyż nie mam nawet się z kim najebać – a dodatkową motywacją dla ciebie powinna być obecność pewnego rudowłosego mężczyzny, z którym kiedyś łączyły cię zażyłe relacje… Twoja Millie.
PS: Nie ma za co.
– O kurwa! – Blaise podskoczył z wrażenia i szybko zwinął liścik w kulkę, po czym ją zjadł. – Muszę stąd wyjść – postanowił nagle niczym prawdziwy wojownik.
Sophie wbiegła do sklepu Weasleyów w Hogsmeade, wypatrując od progu Freda.
Jako jedna z nielicznych nauczyła się już rozróżniać bliźniaków (cóż, obydwu widziała dosyć dokładnie), więc bez kłopotu rozpoznała w postaci pochylającej się nad ladą George’a.
– Gdzie jest Fred? – spytała słodko, a George spojrzał na nią z lekką irytacją. – Och, nie denerwuj się, oddałam część rzeczy! – wypaplała Sophie, owijając sobie włos wokół palca.
– Przeżywa katusze na górze, oberwał trochę od wyskakującego klauna – odparł już przyjaznym tonem George – nad czym nie ubolewam – dodał złośliwie.
– Dzięki! – mruknęła Sophie i wbiegła błyskawicznie po schodach. – Freeed! – zawołała od progu pokoju i dostrzegła chłopaka leżącego na łóżku – miał wielkie limo pod okiem. – Wiesz, jak bardzo cię kocham! – zawołała, wskakując na materac.
– Och, ja ciebie też, a że miłość jest bezcenna… Naprawdę nie mam więcej pieniędzy – wyjaśnił spokojnie Fred, przykładając lód do twarzy.
– Och, nie o to chodzi… Zresztą czemu podejrzewasz mnie o niecne zamiary? – spytała niewinnie Sophie, kładąc się obok niego.
Judith niepewnie zapukała do drzwi lochów – po chwili dłuższej niż zwykle w progu pojawił się Severus Snape, który, zauważywszy ją, postanowił zamknąć drzwi. Jednak Rhodes była szybsza – udało jej się zaklinować przejście butem.
– Za jakie grzechy, Merlinie – wymamrotał mistrz eliksirów. – W czym mogę pani pomóc… tym razem? – spytał zimno.
– Chciałabym, żeby przyjął mnie pan na indywidualne lekcje! – wypaliła Judith, co spowodowało nagle, że Severus zaczął się dziwnie krztusić.
– NA MERLINA, CO SIĘ PANU PROFESOROWI STAŁO? – zawołała Rhodes, klepiąc mistrza eliksirów po plecach.
– Głupia dziewczyno, nie dotykaj mnie! Śmiałem się! – warknął Snape, czując piekący ból w plecach. – Odejmuję pięćdziesiąt punktów Gryffindorowi za przemoc wobec nauczyciela.
– A lekcje… – spytała rozpaczliwie Judith, ale Snape nie miał zamiaru nawet tego komentować. Z głową opuszczoną prawie na podłogę Rhodes wymaszerowała z lochów – cóż, pozostało jej się upić! A w dodatku nie miała z kim tego zrobić, bo nie było Blaise’a! Postanowiła, że musi poszukać Sophie! Miała co prawda słaby łeb, ale zawsze coś!
Severus Snape pokręcił głową z zażenowaniem. Co jeszcze miało go spotkać w tym roku? Zmartwychwstanie Jamesa Pottera? Po chwili znowu usłyszał hałas.
– PRĘDZEJ PRZYJMĘ NA INDYWIDUALNE LEKCJE HAGRIDA, JEGO BRATA TROLLA I DZIESIĘCIU GNOMÓW NIŻ CIEBIE! – wydarł się, ale po chwili znowu zganił się za stracenie fasonu.
– Dobrze wiedzieć, ojcze chrzestny! – Usłyszał kpiąco głos Malfoya.
– Czego chcesz? – spytał się zimno Snape, jednak otworzył szerzej drzwi, wpuszczając Dracona do gabinetu.
– Musisz przyjąć Judith – powiedział chłopak, biorąc do ręki jakąś fiolkę.
– Trzymasz w ręce środek powodujący impotencję – oznajmił Snape, siadając na fotelu.
– Nie wiem, po co ci to – mruknął Draco, ale szybko odstawił buteleczkę. – Przyjmij Judith, bo chcę, by do mnie wróciła.
– Powinieneś świętować, że takie babsko cię opuściło – warknął Severus, rozsiadając się wygodniej.
– Ale z ciebie kawalarz, ojczulku. Przyjmiesz Judith oraz mnie na dodatkowe zajęcia z eliksirów.
– Niby czemu mam to zrobić?
– Ponieważ mam pewne kompromitujące cię zdjęcia – oznajmił dumnie Draco, wyciągając z kieszeni dwie fotografie – na pierwszej Severus smarował opryszczone plecy Lorda Voldemorta, a na drugiej spiłowywał mu martwy naskórek z pięt. – Możesz je zatrzymać, mam ich jeszcze sporo - powiedział kpiąco, patrząc, jak zdjęcia zmieniają się w pył. 
– Przecież nie było cię tam wtedy! – zawołał Snape przez zaciśnięte zęby, a dziurki od nosa niebezpiecznie mu zafalowały. 
– Mam swoje sposoby – powiedział z szerokim uśmiechem Draco. Będzie musiał jakoś podziękować matce.
– Sophie, martwię się o ciebie – powiedział Fred, ubierając się. Dziewczyna leżała na łóżku i ssała prześcieradło.
– Nie wiem o co ci chodzi – mruknęła. Szkoda, że te prześcieradło nie smakowało jak naleśnik.
– Strasznie ostatnio wychudłaś – stwierdził chłopak.
– Naprawdę?! – zawołała szczęśliwie Sophie, podbiegając do lustra. – Nie no, jeszcze jeden kilogram i będzie pięknie – osądziła, dokładnie się sobie przyglądając.
– Taa, jasne – mruknął Weasley i zbiegł do kuchni.
– Kto jest najśliczniejszy? Sophie! Kto jest najmądrzejszy? Sophie! Kto jest najszczuplejszy? Sophie! – śpiewała dziewczyna przed lustrem. – Jestem taka piękna, że chciałabym siebie sklonować i byłabym sama ze sobą – dodała, składając pocałunek na tafli lustra.
– Udam, że tego nie słyszałem – powiedział Fred, a Sophie zaśmiała się jak wariatka. – Patrz co przyniosłem – wyciągnął w jej stronę pudełko z metrową pizzą.
– Czy ty trzymasz w ręku KALORIE? – spytała Sophie, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
– Jedzenie. Wiesz, takie coś, co muszą spożywać ludzie, jeśli nie chcą umrzeć – odparł ironicznie Fred, siadając na krześle. – Chodź coś zjeść, przecież lubisz pizzę!
– Nie! – mruknęła Sophie.
– Zjedz coś albo… Albo cię zmuszę – stwierdził beztrosko Fred, wpakowując sobie monstrualny kawałek pizzy do ust.
– Już się boję! – Przewróciła oczami Meyers. – A i pogodziłam się z tatusiem!
– Wspaniale! – Ucieszył się całkiem szczerze Fred, bo już słyszał galeony z powrotem wpadające do jego kieszeni.
– I tatuś bardzo chce cię poznać – dodała Sophie z uśmiechem, a Weasley z wrażenia aż upuścił jedzenie na podłogę.
– Mowy nie ma! – wykrztusił wreszcie. Jak – jak mógł poznać księcia Karola i powiedzieć mu, że jest z jego córką, skoro pół roku temu musiał cerować jedną dziurę w spodniach dziesięć razy?!
Judith miała dosyć swojego życia! Nie dosyć, że jej chłopak śmiertelnie ją obraził, przyjaciółka gdzieś zniknęła i wcale jej nie słuchała, Snape ją wyśmiał, to jeszcze nie chcieli jej sprzedać alkoholu w „Dziurawym kotle”! I nikt nie pamiętał o jej URODZINKACH! Nawet Pan Wąsik!
– Moje życie jest straszneee! – zawyła sama do siebie, zapominając, że to Sophie ciągle ryczy a nie ona.
– Och, nie tylko twoje! – Usłyszała za sobą pogardliwy głos. Odwróciła się i niespodziewanie ujrzała Millicentę Bulstrode. – Muszę się z kimś napić i Blaise mówił, że dobrze spożywasz trunki, więc chodź za mną! – warknęła Ślizgonka, a Judith wzruszyła ramionami. Czy miała coś do stracenia?
– Dobrze – wysyczał wreszcie Snape. – Przyjmę ją, powiedz tej Rhodes, że może do mnie uczęszczać na lekcje. Kiedy zobaczy, jaka jest żałosna, to sama z nich zrezygnuje – dodał cierpko. Kto, na Merlina kto, miał zamiar go jeszcze szantażować i czym w tym roku?! Może jeszcze ktoś ma jego nagie zdjęcia?! Albo zdjęcia z toalety?!
– Ach i jeszcze potrzebuję pozwolenia na całonocne wyjście. Judith ma urodziny i chciałem z tą szl… Jej przyjaciółką urządzić jej przyjęcie niespodziankę! – Klasnął w ręce Malfoy.
– Nie interesuje mnie to. Znikajcie wszyscy i nie pokazujcie mi się na oczy! – burknął Severus.
Harry Potter stał na boisku i z uwagą przypatrywał się poczynaniom swojej drużyny. Cóż, od pamiętnego wydarzenia w Pokoju Życzeń atmosfera w drużynie nie była zbyt przyjemna – a może nawet to określenie zbyt delikatne, bo jeśli co chwilę musisz obawiać się, żeby nie oberwać od swojej byłej dziewczyny miotłą, a od swojego przyjaciela tłuczkiem, to wiedz, że dzieje się coś złego!
Ginevra Weasley nie przyszła już drugi raz z rzędu na trening. Harry czuł się poirytowany tym faktem, bo choć jego obiekty westchnień zmieniały się praktycznie co roku, to jeden pozostawał bez zmian – Quidditch.
– Przepraszam za spóźnienie – burknął Ron, który wybiegł z szatni w jeszcze niezapiętych butach.
– Za karę piętnaście okrążeń – powiedział zimno Harry.
– Sam je sobie rób – odpowiedział Weasley i wsiadł na swoją miotłę. Harry przez chwilę się wahał.
– Ron, przestań, chyba powinniśmy w końcu zapomnieć o tym co było! – odezwał się wreszcie i złapał chłopaka za ramię.
– Nie. Dotykaj. Mnie. – wysyczał Ron, wyrywając rękę z uścisku chłopaka.
– Oj, przestań! To był TYLKO jednorazowy numerek! Po co robić z tego jakieś halo? – powiedział Harry, przewracając oczami. Jakby wiedział, że będzie z tego taka afera to lepiej by się ukrywał z przeleceniem Luny! Mądry czarodziej po szkodzie!
– Tylko numerek?! Mówisz o zdradzie MOJEJ SIOSTRY! – zawył chłopak i rzucił się na swojego, teraz już chyba byłego, przyjaciela z pięściami. Harry, jako że jest Wielkim Harrym Potterem nie pozwoli się obrażać, a tym bardziej bić! Chłopacy zaczęli się szamotać i okładać pięściami.
– Co wy tutaj robicie?! – zawołała Ginny, podbiegając do chłopaków.
– On cię obraził! – zawołał Ron, pomiędzy uderzeniami.
– Bo to był tylko jeden numerek! – zawył Potter, kopiąc Weasleya w kolano.
– Ron – wydyszała Ginevra, wściekła jak osa. – Zostaw nas samych. Policzę się z nim sama.
Millicenta zaprowadziła Judith do Pokoju Wspólnego, gdzie ukazał się przed Gryfonką raj. Na stole stały dziesiątki butelek i pełne półmiski niezdrowego żarcia.
– Rany, jeśli zechcemy możemy stąd nie wychodzić aż do tego zasranego balu! – zawołała z ekscytacją.
– Nie ma za co – powiedziała Bulstrode. – Chociaż myślałam, że nie chcesz być już nigdzie zamykana po ostatnich wydarzeniach.
– Gdyby nie kilka nieprzyjemności, Potter i martwy Goyle byłoby całkiem spoko – stwierdziła Judith, wzruszając ramionami.
– Blaise, oczywiście zanim go wysłali na przymusowe wakacje, mówił, że musieliście mówić swoje największe sekrety, czy to prawda? – zaciekawiła się Ślizgonka, nalewając złocistego trunku do szklanek.
– Taa. – Judith wepchała sobie garść chipsów do ust, przypominając sobie, że nie może nic mówić o tym co się dokładniej działo w Pokoju Życzeń. Postanowiła zmienić temat. – Wiesz, że jutro są moje urodziny?
– Czemu nie chcesz poznać mojego tatusia? – spytała się z wyrzutem Sophie, wydymając usta.
– No bo to wielki koleś! Książę! – zawołał dramatycznie Fred, zbierając pieczarki z podłogi i wkładając sobie je z powrotem do ust. Cóż, stary nawyk. Nic się nie może zmarnować.
– Spokojnie, będzie dobrze. – Meyers poklepała chłopaka po głowie jak szczeniaka. – Tylko najpierw nauczymy cię używać sztućców i nie jeść z podłogi.
– Nie wiem, czy to dobry pomysł – mruknął Weasley, zajadając szybko kolejny kawałek pizzy. Jak się denerwował, to zawsze dużo jadł.
– Najpierw zostaw te tłuszcze! Kupiłam ci garnitur od Mrady, jak będziesz się tak opychał to się w niego nie zmieścisz! – upomniała do Gryfonka, na co Fred spojrzał na nią spode łba.
– Kupiłaś MI za MOJE pieniądze! – powiedział z wyrzutem.
– Szczegóły – mruknęła dziewczyna. – A teraz skończ jeść i chodź mi pomóc! Wieczorem robimy imprezę urodzinową dla Judith!
– Musisz naprawdę rozsądniej podchodzić do wydawania pieniędzy – powiedział Fred mentorskim tonem – na wszystko zarabiam swoją ciężką pracą i… – przerwał, kiedy poczuł, że Sophie go całuje, ale jednak – równie szybko się wycofuje!
– MATKO, WŁAŚNIE SPOŻYŁAM Z PIĘĆDZIESIĄT KALORII! – zawołała dramatycznie.
– Ale jesteś niemądra – mruknął Fred. – To gdzie ta impreza?
– To chyba proste i logiczne, że u was? – spytała Sophie, kładąc rękę na biodrze.
Malfoy niechętnie przekroczył próg sklepu Weasleyów. George, słysząc dzwonek, ucieszył się, że zobaczy Hermionę – kiedy ujrzał Dracona, mina mu zrzedła.
– Zamknięte – burknął.
– Wieprzleju, dzisiaj organizujemy tutaj imprezę dla Judith, więc lepiej szybciej zamiataj podłogę – odparł dumnie Draco, rozsiadając się na fotelu za ladą. Co prawda to nadal nie był tron…
– Co ty pierdolisz, Malfoy?! – Zirytował się George. – Czyj to był pomysł?
– Mój – odparła Sophie, schodząc po schodach. Za nią maszerował Fred, który nadal jadł z nieszczęśliwą miną.
– Fred, czy TY MASZ JESZCZE JAJA?! – spytał się jego brat bliźniak.
– Och, chyba ty powinieneś wiedzieć najlepiej, że ma – odparł złośliwie Draco, kładąc swoje wspaniałe, arystokrackie buty na ladę – w końcu mogły się pobrudzić od tej podłogi!
– Dobrze! – Uśmiechnęła się Ginny. – Możemy iść na imprezę!
– Eeee kto nas zaprosił? – spytał Ron, drapiąc się po głowie.
– Ta idiotka Sophie – odparła beztrosko Weasleyówna. – Ale skoro jest w sklepie u naszych braci, to chyba możemy się pokazać?
– Chyba tak – mruknął Ron. – To konieczne? Wiesz…?
– ALEŻ OCZYWIŚCIE, RONALDZIE! – zawołała pogodnie Ginevra, ciągnąc za sobą Pottera na sznurku – chłopak miał wielkie limo pod okiem, był ubrany w pokutny worek i wypowiadał tylko głośne „mmmm”, co niewątpliwie było skutkiem Jęzolepa.
Millicenta wpatrywała się krytycznie w Judith, która wlewała w siebie kolejną porcję Ognistej Whisky. Cóż, Malfoy kazał jej upilnować dziewczynę do północy – urodziny Rhodes były co prawda dopiero w niedzielę, ale Draco uznał, że kac na porannych, poniedziałkowych eliksirach to nie najlepsza opcja! Ślizgonka co prawda rozcieńczyła znacząco trunek i specjalnie przygotowała tłuste przekąski, ale obawiała się, że przy drugim litrze, to i tak nie pomoże.
– Jestem beznadziejna we wszystkim! – mówiła nadal Rhodes. – Beznadziejna!
– Powiedziałabym, że mi przykro, ale gówno mnie to obchodzi – odparła cierpko Millicenta i czknęła. Spojrzała na zegarek. – O CHOLERA! – krzyknęła. – MUSIMY IŚĆ!
– Nie, tutaj jest fajnie! – zawołała Judith i ze łzami w oczach objęła miskę chipsów.
– Jak ty możesz być taka szczupła?! – warknęła Millicenta ze złością, ale Rhodes już drzemała na stole. Ślizgonka wzniosła oczy ku niebiosom. Z łatwością jednak podniosła Gryfonkę i zaczęła z nią zmierzać w stronę wyjścia. Kiedy już pokonały setki schodów, uniknęły cudem Snape’a i McGonagall, a także znalazły się na świeżym powietrzu, Judith ocknęła się.
– Millicento, kocham cię! – wybełkotała i wpoiła się Bulstrode w usta.
– KURWA! – zawyła Ślizgonka, z obrzydzeniem wycierając wargi. – Malfoy mi za to zapłaci – wysyczała, dalej człapiąc z Judith zawieszoną na jej ramieniu.
– Och, jestem cudowną organizatorką przyjęć! – zawołała szczęśliwie Sophie, oglądając swoje dzieło. Sklep Weasleyów był przybrany balonami w ulubionych kolorach Judith, czyli czarnym, fioletowym i zielonym. Wszyscy goście mieli na głowie założone kocie uszy, a na twarzy namalowane kocie wąsy.
– Na pewno to wszystko konieczne? – spytał Ron, drapiąc się za kocim uchem.
– TAK! – wydarła się na niego dziewczyna. Nikt nie zepsuje jej przyjęcia, NIKT!
– Draco! – wszyscy nagle usłyszeli ciche nawoływanie z ulicy. Wyjrzeli przez okno. Na środku ulicy stała Millicenta, trzymając dalej nieprzytomną Judith na rękach. No tak, nikt nie mógł zepsuć przyjęcia oprócz pijanej w sztok solenizantki.
– Idź ją obudź, bo inaczej cię zabiję! – zawołała Sophie, łapiąc Malfoya za szatę i mocno potrząsając.
– Masz – Fred podał Ślizgonowi małą buteleczkę, kiedy tylko Meyers przestała wyładowywać swoją złość, a ten spojrzał na niego podejrzliwie. – Środek Natychmiastowej Trzeźwości. Jeszcze nie testowaliśmy na nikim, oprócz nas samych.
– Ale na sobie testowaliśmy już tyle, że nie wiemy, co działa naprawdę, a na co się uodporniliśmy – zakończył George.
– Masz wyjść i wlać jej to do gardła! – warknęła Sophie i wyrzuciła Malfoya za drzwi. – A wy! – wskazała na gości, machając wściekle różdżką. – Siedźcie cicho, a jak wejdzie Judith macie być szczęśliwi na jej widok! Inaczej was wszystkich pozabijam.
– Nie wiesz nawet jak rzucić poprawnie zaklęcie wiążące buty – powiedział ktoś w tłumie. Niestety Sophie nie rozpoznała głosu ani nie widziała twarzy, bo zdążyła już zgasić światło.
– Zemszczę się za to zniesławienie! – wysyczała Meyers pod nosem. Co prawda nie nosiła wiązanych butów, bo są passe… Jednak nie może się tak publicznie dawać poniżać! Postanowiła, że będzie rozmawiała z każdym, a kiedy rozpozna głos, ZROBI Z JEGO ŻYCIA KOSZMAR.
– Czemu pozwoliłaś jej się schlać jak świnia?! – wydarł się Malfoy, kiedy tylko zjawił się na ulicy.
– Ona mnie pocałowała – warknęła z obrzydzeniem Millicenta, ignorując wcześniejsze pytanie.
– Jakby to był jej pierwszy pocałunek z dziewczyną – prychnął Draco i nachylił się nad dziewczyną. – Rany, śmierdzi od niej jak z gorzelni. Przytrzymaj jej głowę, muszę jej wlać to do ust – wskazał na dziwnie wyglądający flakonik. Liczył, że Wieprzleje nie zabiją mu laski!
– Sam sobie potrzymaj! I nie ma za co! – warknęła Millicenta i ruszyła do sklepu. Kiedy tylko weszła, zapaliły się wszystkie światła, a goście krzyknęli „Sto lat!”. – Dzięki, moje urodziny już były – burnęła Bulstrode, idąc do stołu z przekąskami.
– IDIOCI! – zawołała Sophie jak dziki hipogryf. – Teraz się nie pomylcie!
Draco w tym czasie walczył, by wycudzić Judith. Wlał jej eliksir do ust, ale i to nie podziałało. Użył na niej zaklęcia Aqua Eructo, ale i to nie pomogło! Przynajmniej teraz trochę mniej od niej było czuć alkoholu, więc postanowił użyć starej sztuczki, godnej dobrego arystokraty! Pochylił się nad dziewczyną i mocno ją pocałował. Też nie pomogło.
Draco położył powrotem na ziemię dziewczynę i wrócił do sklepu. Kiedy tylko wszedł zapaliły się wszystkie światła, a goście krzyknęli „Sto lat!”.
– Judith dalej leży – burknął, siadając na fotelu.
Sophie zrobiła się cała czerwona ze złości i zaczęła krzyczeć:
– Jesteście wszyscy beznadziejni! Zepsuliście moje przyjęcie! A ty Fred! – wskazała na chłopaka. – Rób eliksiry, które działają!
Do sklepu wyszła Judith, która ledwo co się wybudziła. Nikt nie zwrócił na nią uwagi, więc podeszła do stołu z przekąskami i alkoholami, po czym zrobiła sobie drinka.
– Co tu się dzieje? – spytała się Millicenty, która trzymała głowę w misce z chipsami.
– Zrobili ci przyjęcie niespodziankę – odparła dumnie Bulstrode, podnosząc gębę wybrudzoną chipsami do góry i wycierając otłuszczone ręce w cycki.
– TY IDIOTKO, MIAŁAŚ NICZEGO NIE ZDRADZAĆ! – wykrzyknęła Sophie, która nagle dostrzegła Judith. – I CZEMU SIĘ NIE UCIESZYLIŚCIE?! – wrzasnęła do reszty, tupiąc nogą.
– Chyba ktoś tutaj jest bardzo głodny – mruknął Ron.
– Och, sama przecież by się nie domyśliła, szkieletorze! – Przewróciła oczami Millicenta.
– Jak mnie nazwałaś, wieprzu? – Zmrużyła oczy Sophie.
– Dobra, Meyers, chyba czas ci porachować wszystkie OŚCI! – Uśmiechnęła się Bulstrode.
– Dajcie spokój! – zawołała nagle Judith. – Dzięki… Naprawdę dziękuję za imprezę! – odpowiedziała najbardziej entuzjastycznie, jak potrafiła, ale kiedy dostrzegła kocie uszy na głowach gości, naprawdę klasnęła w ręce z zadowolenia. Millicenta ciężko westchnęła i stwierdziła, że zrobiłaby krzywdę Sophii, nawet w nią pstrykając, więc odeszła na bok.
– To ode mnie – powiedziała Sophie, podając Judith pakunek. Rhodes obawiała się, że dostała tasiemca w pigułkach, ale kiedy otworzyła paczkę, zamarła! W środku były buty od Karla Magerfelda – i ich czubki miały kształt kocich głów!
– Dziękuję! – rzuciła się na szyję Sophii.
– Cała przyjemność po mojej stronie! – odparła Meyers, zastanawiając się, czy Fred domyśli się, że z jego konta ubyło już tyle galeonów, że niedługo przyjdzie do niego ktoś z Magicznego Rejestru Długów! Po chwili zrobiła sobie i przyjaciółce drinka, a po drodze napotkała wściekłe spojrzenie swojego chłopaka, które jednak nie zrobiło na niej najmniejszego wrażenia – szczególnie że kocie wąsy nie dodawały mu powagi.
– Nie będziesz pić na pusty żołądek – prychnął Weasley, wyrywając jej trunek z ręki.
– A ty nie będziesz mi rozkazywać! –Sophie próbowała nieudolnie doskoczyć do szklanki.
– Zjesz coś – odparł wrednie Fred – albo… Powiem twojemu tatusiowi! – rzucił pierwsze, co mu przyszło na myśl, i uznał to za kiepską groźbę, ale u Sophii te słowa wywołały najprawdziwsze przerażenie!
– Nie, nie, nie! – krzyknęła. – Znowu będę musiała chodzić spać po dobranocce, dostanę szlaban na wszystko, a niania mnie wychłoszcze! I TO NAGO! I… I nie dostanę KIESZONKOWEGO! – zawołała żałośnie.
– ILE TY MASZ LAT?!– spytała zszokowana Judith, aż opluwając się alkoholem.
Ominęła osłupiałego Freda, po czym podeszła do ogromnego tortu w kształcie kociej głowy i zaczęła się w niego wpatrywać spojrzeniem godnym prawdziwego psychopaty.
– Śpiąca królewna się obudziła. – Usłyszała za sobą kpiący głos Malfoya.
– CHYBA PIJANA KRÓLEWNA – odparła dumnie, po czym rzuciła – Draco, odczep się! – I stwierdziła, że NIKT nie ruszy tego tortu. Nie wiedziała, że z drugiej strony Ronald Weasley już zeżarł cały ogon.
– Nadal jesteś obrażona? Daj spokój – mruknął Draco, siorbiąc z klasą swoją whisky.
– To powiesz mi o co chodzi? – spytała, a widząc jego spuszczony wzrok, mruknęła – Skoro nie, to nie mamy o czym rozmawiać!
– Chyba mamy. Snape powiedział mi, że był w złym humorze rano i nawdychał się oparów Eliksiru Wściekłości… – powiedział Malfoy, nie będąc przekonanym, czy coś takiego w ogóle istnieje – I przyjmuje cię na indywidualne nauczanie – skończył.
– NAPRAWDĘ?! – zawołała entuzjastycznie Judith i rzuciła mu się na szyję, ale po chwili odskoczyła – To nadal nie zmienia faktu, że coś ukrywasz!
– Tak – wycedził Malfoy i odciągnął Rhodes na bok. Rozejrzał się wokół. – Ukrywam to, żeby cię chronić. Naprawdę mi na tobie bardzo zależy, chociaż może nie zawsze potrafię to okazać – ostatnie zdanie wypowiedział, odbiegając wzrokiem na bok. Po chwili z kieszeni szaty wyciągnął małe pudełeczko – wyjął z niego wisiorek z zielonym kamieniem. – Kocie oko na nici ze złota goblinów…
– JAKIŚ KOTEK ZGINĄŁ?! – zapiszczała Judith, zupełnie ignorując wcześniejsze słowa Ślizgona.
– NA MERLINA, KOBIETO, TO TAKI KAMIEŃ! – Zirytował się Draco i delikatnie założył naszyjnik na szyję dziewczyny. – A jeśli chodzi o tamtą sprawę, to dotyczy to… Czyjegoś życia, a ja… A ja złożyłem Przysięgę Wieczystą, więc nie mogę o tym mówić – wydusił z siebie i objął Judith w talii. Biedny Ślizgon nie wiedział, że pod stołem ukrywał się Harry Potter, który nie chciał być oglądany w tak okropnym stanie! – i usłyszał wszystko.
Fred i Sophie siedzieli w milczeniu, rzucając sobie pełne napięcia spojrzenia.
– Muszę schudnąć do balu, a ty mi w tym nie pomagasz! – powiedziała wreszcie Sophie z naburmuszoną miną.
– Po co? Przecież jesteś szczupła. Nie lubię grubych lasek – powiedział spokojnie Fred, wpatrując się w Millicentę, która przestraszyła swoim cieniem grupę pierwszoklasistów. – I… I akceptuję cię taką, jaka jesteś – dodał błyskawicznie i skrzywił się. Dźwięk orzeszków pękających w ustach Bulstrode brzmiał jak łamanie kości, a w dodatku Millicenta wycierała brudne ręce w pokaźny biust i nabierała kolejną garść przekąski, po czym przełykała wszystko z szaleństwem w oczach. Z jednej strony Freda trochę obrzydził ten widok, ale z drugiej strony… Było w tym coś majestatycznego, przerażającego i fascynującego jednocześnie i…
– Patrzysz się na jakąś inną, chudszą ode mnie dziewczynę? – spytała z pretensją w głosie Meyers.
– Jasne – bąknął Fred i znowu popatrzył na Sophie. – Chudych lasek też nie lubię, więc skończ świrować z tą dietą i…
– Nie jestem chuda?! Już wiem! Uważasz, że jestem gruba! – przerwała mu dziewczyna, prawie zanosząc się płaczem. 
– Merlinie, zabierz mnie stąd… – jęknął Fred, wlewając w siebie drinka. To nie była rozmowa, którą miał ochotę odbyć, bo cokolwiek by nie powiedział, to obracało się przeciwko niemu! Stanowczo musiał zmienić temat…. Tylko na jaki? Jaki temat? Buty? Torebki? Sukienka na bal? Nie miał o tym pojęcia.  – Kochanie, może pojedziemy już jutro do twojego taty? – wypalił wreszcie, zanim zdążył pomyśleć.
– Do tatusia? Już jutro? – Sophie na chwilę się zastanowiła, ale na szczęście na jej twarzy nagle pojawił się wielki uśmiech. – Och, tatuś się tak bardzo ucieszy! Zaraz mu wyślę sowę! – zawołała podekscytowana i pobiegła do mieszkania bliźniaków.
– Stary, zaczynam tobą gardzić – stwierdził George, patrząc się na brata z politowaniem. Na jego kolanach siedziała Hermiona Granger, która – o dziwo – wyglądała na wstawioną.
– Niedługo przyjdzie na ciebie kolej – odpowiedział Fred, ale w jego głosie było słychać niepewność.
– Mnie nikt nie usadzi pod obcasem – odpowiedział pewnie chłopak.
– Zamknij się i wracaj do całowania – Hermiona przyciągnęła do siebie George’a.
– Ale fajnie! – zapiszczała Judith, widząc jak do pomieszczenia wchodzi jakiś mężczyzna, który przebrany za wielkiego kota. – Ale kogoś mi przypomina.
– Po pierwsze, czy ty masz pięć lat, że cię to cieszy? – spytała się ze zdziwieniem Millicenta. – A po drugie, przecież widać, że to Snape.
– Jak on dał się namówić na to? – Sophie zaczęła robić zdjęcia do nowego wydania „Nowinek Hogwartu”. Musi mieć dużo pomysłów, by jutro się pochwalić nimi tatusiowi!
– Mój kochany ojciec chrzestny zrobi dla mnie wszystko – odparł Malfoy, pokazując dyskretnie wściekłemu Snape’owi jego zdjęcia z Voldemortem.
– Co ty tutaj robisz? – Luna wpełzła pod stół i popatrzyła na Harry’ego swoimi wyłupiastymi oczami – Potter tylko rozpaczliwie wydusił z siebie „,mmmm”. – Rozumiem, dopadła cię zaklej–mordka! Trzeba było nie jeść karmelu – dodała sennie, ale po chwili machnęła leniwie różdżką i Harry wziął głęboki oddech.
– Dzięki – wydusił z siebie. Malfoy coś knuł! Coś okropnego! Ale… Popatrzył jeszcze raz w stronę Lovengood, która dalej wpatrywała się w niego ogromnymi, błękitnymi oczami i uspokoił się nieco.
– Wiesz, mam dzisiaj wolne dormitorium! – wypalił nagle.
– Możemy nadmuchać balony! – odparła entuzjastycznie Krukonka i chwyciła rękę Pottera.
– To już mogę coś wypić?! – zajęczała żałośnie Sophie, kiedy już wróciła.
– Ta… – zaczął mówić Fred, ale ugryzł się w język! Spojrzał w kierunku George’a, który bacznie go obserwował. – Nie! Nic dzisiaj nie wypijesz!
– Ale Fred, czemu? – spytała. – Przecież zjadłam coś!
– Musisz być jutro w dobrym stanie na spotkanie z tatą – odparł, wypijając sam dziesiątego drinka. – A poza tym… Zabraniam ci! To ja noszę spodnie w tym związku!– powiedział, starając się, żeby jego głos zabrzmiał groźnie.
– Aha – odparła Meyers, wpatrując się w niego dziwnie.
– I masz oddać… Wszystkie ubrania, wszystkie! I nie wydawać więcej tyle pieniędzy! Bo… Pokażę ci, na co mnie stać, kiedy jestem zły! – powiedział bardzo głośno Fred, robiąc jeszcze jeden krok w stronę George’a na wypadek, gdyby ten go jakimś cudem nie słyszał.
– I co jeszcze? – spytała Meyers.  
– I… Masz być miła dla Hermiony! – dodał Weasley, odruchowo kładąc sobie ręce na uszach – już spodziewał się dzikiego ryku, który sprawi, że ogłuchnie na zawsze, ale ze zdziwieniem odkrył, że nic się nie dzieje!
– Och, Fred! Uwielbiam, jak jesteś taki władczy! – wymruczała nagle Sophie, wtulając się w niego.
Judith i Draco leżeli w pokoju Freda – Sophie dała im klucze, jednak zastrzegając sobie, że mają tylko kilka minutek! Cóż, Rhodes obawiała się, że pewne rzeczy nie będą trwały nawet paru minutek!
– Och, Draco… – mruknęła, całując namiętnie Ślizgona. Czuła się taka podekscytowana! Taka rozochocona! Motylki latały jej w brzuchu, a…
– Wracajmy na imprezę, słyszę muzykę na dole! – zawołał entuzjastycznie Malfoy i zerwał się z miejsca.
– Czy ciebie po… – Judith wzięła głęboki oddech. – Czy postradałeś zmysły? – spytała, wpatrując się w chłopaka.
– Ależ skąd, czemu? – spytał niewinnie Draco. – Ubieraj się już, już, bo przegapimy dobrą zabawę! – powiedział, zapinając mankiety szaty. – To chyba polka, uwielbiam ten taniec! – dodał, zamachując się ręką.
– Ja jeszcze… – warknęła Rhodes, której rozmawianie o TYCH sprawach nigdy nie przychodziło łatwo. W każdym razie nie było jej dane jeszcze doznać tego błogiego momentu przeżywanego podczas pieszczot – tudzież przed śmiercią!
– Judith, czyżbyś myślała tylko o seksie? – spytał z udawanym oburzeniem Malfoy, opierając się o ścianę. – Czyżby ci tylko na tym zależało? Zawiodłem się. Myślałem, że nasza relacja jest głębsza! – dodał, unosząc rękę w teatralnym geście. Naprawdę zaczynało go to bawić.
– Ach… – warknęła Judith przez zaciśnięte zęby. Już wiedziała, w co ten Ślizgon sobie pogrywa! – Pewnie – powiedziała nagle z przesłodkim uśmiechem. – Myślę… – dodała złośliwie, narzucając na siebie szatę – że na jakiś czas możemy w ogóle zrezygnować z uprawiania seksu.
W Malfoyu te słowa wywołały najprawdziwsze przerażenie – jednak odchrząknął znacząco i wyprostował się.
– Niech tak będzie – odparł grobowym głosem. – W zasadzie to świetny pomysł – dodał, siląc się na obojętność.
– Ciekawe kto wytrzyma dłużej – dodała Judith, zamykając drzwi od pokoju Freda. Cóż, jej bielizna była tak mokra, że mogłaby w niej pływać.
– Mogę ci już powiedzieć, że to będę ja – powiedział dumnie Malfoy, schodząc po schodach. Szybko okrył się szatą – bo cóż, pewna różdżka odznaczała się trochę za bardzo.


W następnym rozdziale:
CZY JUDITH I DRACO WYTRWAJĄ W POSTANOWIENIU?
CZY FRED NIE DOSTANIE ZAWAŁU NA WIDOK KSIĘCIA KAROLA?
CZY SOPHIE WYLECZY SIĘ Z ZAKUPOCHOLIZMU?
ILE JESZCZE UPOKARZAJĄCYCH ZDJĘĆ MA SEVERUS?
Na te i na wiele więcej pytań znajdziecie odpowiedzi... W NAJBLIŻSZEJ PRZYSZŁOŚCI!

cat rabbit easter