Informacje

Znajdziecie nas także na: FANFICTION.NET oraz FACEBOOKu.

środa, 27 lipca 2016

ROZDZIAŁ 7. The One with the Screamer

Zapraszamy na nowy rozdział - mamy jeszcze trochę tekstu do publikacji, więc myślę, że na kolejny nie będziecie musieli długo czekać. 
Miłej lektury! 


- Dzisiaj spotkało mnie coś dziwnego – mruknął Severus Snape, zerkając ukradkiem na Albusa Dumbledore’a, który uśmiechał się promiennie. – Spotkałem Czarnego Pana w komnatach Nimfadory Tonks - oznajmił wreszcie dyrektorowi, jednak wyraz twarzy Albusa nie zmienił się ani trochę.
- A jak tam dekoracje na święta? 
- CO?! Właśnie powiedziałem ci, że widziałem Czarnego Pana…
- Tak, Severusie, ale to nie jest aktualny problem! – powiedział Albus. – Nimfadora Tonks już tutaj nie uczy, więc jej komnat już nie ma!
- Jak to?! – spytał nerwowo mistrz eliksirów, ale natychmiast się opamiętał. – Oczywiście nic mnie to nie interesuje, ale... To dosyć zaskakująca wiadomość – mruknął bez entuzjazmu w glosie. Znowu pozostawały mu eliksiry likwidujące napięcie seksualne! Znowu! Znowu pójdzie na bal z opłaconą prostytutką! ZA CO?! – To ja obejmę teraz stanowisko nauczyciela obrony przed czarną magią? – zapytał z nadzieją.
- Hmm… Nie – odparł krótko Dumbledore. – Jeszcze herbatki? – spytał.
- To w takim razie KTO? – warknął Snape, ale po chwili jego uwagę przykuło coś zgoła innego. Zaczął intensywnie wpatrywać się w plakat Balu Absolwentów. Czy obok tysiąclecia Hogwartu nie widział tam – co prawda małym, mikroskopijnym pismem, ale jednak! – dodanego napisu URODZINY KSIĘŻNICZKI SOPHII MEYERS?! W DODATKU KSIĘŻNICZKI?! – Albusie, co to jest?! – spytał z trudem, zaciskając zęby.
- Nie wiem, o co ci chodzi – zachichotał nerwowo Albus, popijając herbatkę i patrząc się w ścianę.
- Chodzi mi o ten mikroskopijny napis! – warknął Snape, zrywając plakat i przykładając go prawie do twarzy dyrektora. – Czy teraz widzisz to DOKŁADNIE?!
- Severusie, uważam, że przesadnie reagujesz na zaistniałą sytuacje. To mocno niezdrowe. Może cukier ci spadł? Chcesz dropsa? – spytał się z troską Dumbledore. 
- Nie, nie, NIE! Biorę L4! Wyjeżdżam! – zawołał profesor i zaczął biec przed siebie. Szybko, szybko, coraz szybciej, by jak najszybciej znaleźć się jak najdalej stąd!



Następnego ranka wcale nie było lepiej. Sophie ucieszyła się z nagłej przemiany przyjaciółki, która stała się stanowczo normalniejsza, a jej kocia mania zmniejszyła się do tego stopnia, że Pan Wąsik musiał tymczasowo zamieszkać u Luny, gdyż Judith stwierdziła, że na pewno ma na niego uczulenie. Aczkolwiek była też druga strona medalu! Rhodes stała się krytyczna, wszystko osądzała z zimnym realizmem i nawet nie zachwyciła się jej nowymi paznokciami! A były całe pokryte kryształkami Swarowskiego!
Draco natomiast poważnie zaniepokoił się stanem swojej dziewczyny! Co prawda jego obawy na temat tego, że będzie drugą Luną, szybko się rozwiały, aczkolwiek spędził prawie całą noc na opowiadaniu dziewczynie – w mocno okrojonej i ugrzecznionej wersji – o ich całym związku. Judith dalej nie chciała trzymać go za rękę, patrzyła na niego jak na dziwaka, a kiedy Malfoyowi zebrało się na amory, uderzyła go poduszką i wyzwała od napalonych samców!
Była to chyba najgorsza noc w życiu Zabiniego! Elektrowstrząsy, porzucenie przez Charliego, a nawet noszenie skóry Goyle’a nie było aż tak okropne jak nieświadome zaręczyny z Lavender Brown, która przytachała przed śniadaniem do stołu jego Domu stos poradników ślubnych. Blaise zrozpaczony spojrzał tylko do swojej saszetki z lekami, które szybko topniały. Musiał coś wymyślić i to prędko, zanim ta wariatka poinformuje wszystkich o tych przeklętych zaręczynach!
Gorszy problem miał jednak profesor Dumbledore! Spodziewał się, że będzie potrzebował zastępstwa dla Tonks i miał on, we własnej osobie, zająć jej miejsca, ale nie był w żaden sposób przygotowany na to, że oddany mu Severus Snape opuści go w tak ważnym momencie! Miesiąc przed balem! Kto mu uwarzy magiczną mgłę?! Ale cóż, przydomka Najlepszego Dyrektora Wszechczasów – nawiasem mówiąc, sam sobie go nadał – nie dostaje się przez przypadek! Albus Dumbledore wstał od stołu nauczycieli i podszedł do mównicy.
- Drodzy uczniowie! Niestety mam dla was nieprzyjemną nowinę! – zawołał dyrektor, a Judith podskoczyła na krześle i rozejrzała się nieprzytomnie po Wielkiej Sali. – Odeszła od nas profesor Tonks! – oznajmił wszystkim zgromadzonym smutnym głosem i czekał chwilę na reakcję uczniów, jednak wszyscy patrzyli na niego ze znudzeniem. – A profesor Snape wyjechał na krótkie, bezterminowe wakacje…
- Czemu nie mógł tego zrobić w zeszłym roku?! – zawołał Neville, a kilka osób pokiwało głowami ze zrozumieniem. Albus zaśmiał się dobrodusznie.
- Ale nie martwcie się, uczniowie! Zastąpię ich! Zostałem właśnie waszym nauczycielem od obrony przed czarną magią i eliksirami! To będzie wyśmienita zabawa! – zaśmiał się raz jeszcze, trochę zbyt nerwowo i machnął różdżką, a z sufitu posypały się cytrynowe dropsy.
- Też mam szczęśliwą nowinę! – zawołała Lavender, wstając z miejsca. – Wczoraj oświadczył mi się Blaise Zabini! A ja powiedziałam TAK! – zachichotała jak szalona, pokazując wszystkim olbrzymi (i tani, jak stwierdziła Sophie) pierścionek, którego na pewno nie kupił Zabini!
- On nie jest gejem?! – Zdziwił się głośno Ron, ale widząc spojrzenia wszystkich, zaczerwienił się i dodał – nic mnie to nie obchodzi!
- Nie, nie, nie! To ja powinnam być zaręczona jako pierwsza! I WYSTAWIĆ OGROMNE PRZYJĘCIE! – wykrzyknęła Sophie, aż opluwając się ze złości.
- Wiesz, nie sądzę, żeby cię to obchodziło, ale Fred zawsze chciał mieć cichy ślub – mruknęła obojętnie Ginny, której ostatnio w Hogwarcie podobało się CORAZ MNIEJ!
- Ale to romantyczne! – oznajmiła im natomiast Judith, a wszyscy popatrzyli na nią zszokowani – Neville z wrażenia upuścił łyżkę na stół.
- CHCĘ Z POWROTEM DO MUNGA! – wykrzyczał tymczasem Blaise Zabini, który właśnie biegł w kierunku wyjścia z Wielkiej Sali. 

- Cholera, co mam zrobić, co mam zrobić – mruczała do siebie Sophie. Weasleyowie byli w sklepie na Pokątnej, więc czekało ją jeszcze parę dni spokoju! Wystarczy przechwytywać listy! Krążyła po korytarzu, aż potknęła się o kogoś – okazało się, że to Blaise Zabini siedzi pod ścianą, a jego oczy są wielkości spodków. – GRATULUJĘ ZARĘCZYN! – wykrzyczała do niego.
- Zażywszy pół folki tabletek szczęścia, zapomniałem o tym – oznajmił jej pogodnym tonem.
- PRZEZ CIEBIE MAM PRZEJEBANE! PO CO MÓWIŁEŚ TEJ IDIOTCE O… SAM WIESZ CZYM!
- Meyers, pogódź się z tym. Sama to powiedziałaś. Ale takie osoby jak my – samolubne, zepsute i pozbawione wszelkich skrupułów – nie mogą się płaszczyć. To żałosne – powiedział spokojnie i wziął do ust kilka pigułek.
- A CO JAK STRACĘ FREDA?!
- Ach, Weasleyowie! – zacmokał Zabini. – Są uroczy i mają duże penisy, ale nie okłamujmy się. Nie nadajemy się do związku z nimi – powiedział mentorskim tonem. – Niszczymy im życie. Przeze mnie Charlie wylądował na terapii dla partnerów osób toksycznych!
- NIEPRAWDA, KOCHAM FREDA! – zaprzeczyła Sophie.
- Tak, tak, jesteś taka sama jak ja, Meyers! Powinnaś zostawić Freda, dopóki nie zwariował!– powiedział Zabini i wziął kolejną tabletkę, po której upadł na ziemię, z ust zaczęła wyciekać mu piana – a jego oczy wywróciły się, ukazując białka. Ta scena dodawała efektywności jego słowom!
- NIE MOGĘ BYĆ TAKA SAMA JAK TY! – wykrzyczała Sophie i zaczęła nerwowo biec– po drodze wpadła na Millicentę Bulstrode, która całowała się z jakimś anorektykiem, którego przygwoździła do ściany całym swoim ciężarem – po chwili Meyers rozpoznała w nim COLINA CREEVEYA i zaczęła uciekać jeszcze szybciej. 


- Dziwi mnie twoja niedostępność – mruknął Malfoy, wpatrując się w swoją drugą – jakże odmienioną – połówkę. Judith spacerowała beztrosko po błoniach i ledwo udawało mu się od czasu do czasu musnąć jej rękę. Czuł się znowu jak na początku piątego roku, gdzie jego jedynym przeżyciem seksualnym było… No, nieważne!
- Nie rozumiem, dlaczego miałabym całować się z kimś, kto nie mówi mi nic miłego! – zarzuciła mu Rhodes.
- JA? MÓWIĘ CI SAME MIŁE RZECZY! – Zirytował się Draco.
- Na przykład?
- Że jesteś mnie godna! Że… E… Och, nie wiem, takie bzdury nie są dla mnie! – Zmieszał się Malfoy.
- No właśnie – odparła Rhodes. – Nie wiem, czemu zdecydowałam się na związek z tobą. Dużo mężczyzn z mojego Domu prawi mi komplementy! Dean powiedział dzisiaj, że mam ładną szatę, a Ron Weasley powiedział, że w bardzo uroczy sposób jem kurczaka! A Harry Potter podał mi solniczkę!
- TYLKO NIE HARRY POTTER! – Wkurzył się nie na żarty Draco Malfoy, ale po chwili tęsknym wzrokiem zaczął wpatrywać się w brunetkę, która zamiast jego wolała podziwiać uroki przyrody!. – Judith… - zaczął mówić i czuł, że język mu się plącze. – Ja cię naprawdę… Kocham! – mruknął i skrzywił się, jakby zjadł coś nieświeżego.
- Słucham? Nie usłyszałam, co powiedziałeś – westchnęła dziewczyna, siadając na trawie.
- Kocham cię – wymruczał Draco, znów robiąc minę, jakby połknął pająka.
- Masz wadę wymowy? Powinieneś szerzej otwierać buzię jak mówisz – oznajmiła Judith, pokazując jak prawidłowo powinien otwierać usta.
- KOCHAM CIĘ, DO JASNEGO MERLINA! – wydarł się w końcu Draco, potrząsając dziewczyną.
- To bardzo miłe – powiedziała w końcu, kiedy przestał nią potrząsać. Była lekko zmieszana i zawstydzona.
- Miłe? MIŁE?! – wydusił z siebie Ślizgon, a powieka mu niebezpiecznie zadrżała, co niebezpiecznie upodobniło go do profesora Snape’a.
- Przepraszam, ale nie pamiętam, co czułam do ciebie przed wypadkiem – wymruczała dziewczyna, wpatrując się w swoje ręce.


Severus Snape nigdy nie czuł się tak wyśmienicie! Całą noc zajęła mu teleportacja z miejsca na miejsce, aż znalazł w końcu te idealne! Bezludna wyspa na archipelagu Hawajskim była dla niego jak raj na ziemi. Zero Voldemorta, zero Dumbledore’a, zero rozhisteryzowanej Narcyzy, zero nadętego Malfoya oraz najlepsze – zero tych cholernych Gryfonów!
Snape przybył na wyspę późno w nocy, więc transmutował palmy i krzewy w rozkoszny, mały domek, w którym znajdowała się urocza, mała sypialnia z wygodnym i wielkim łóżkiem. Postanowił, że samotność dobrze mu zrobi, w końcu w ostatnim czasie było tyle kobiet w jego życiu! Spał do południa, ale postanowił, że w końcu powinno się wyjść z domu. Szczególnie, że żadna parszywa morda nie czeka na niego! Cóż za cudowne, cudowne życie!
Severus transmutował swoją szatę w strój kąpielowy i dziarskim krokiem wyszedł z domu. Ledwo przeszedł kilka kroków, a poczuł, jak jego stopy zaczynają palić się od gorącego piasku. Następnie poczuł, jak na jego bladym, nietkniętym przez lata przez słońce ciele występuję bąble od poparzenia słonecznego. Profesor szybko zawrócił, ale padł najpierw na jedno kolana, a następnie na drugie i wyciągnął się jak długi na rozgrzanym piachu. Zanim stracił przytomność od upału, zobaczył dwie pary śniadych stóp. Chyba wyspa nie była do końca bezludna.


Sophie motała się bez celu po Hogwarcie, mimo że cel miała! Musiała koniecznie stać się lepszym człowiekiem, ale jak to zrobić, nie tracąc jednocześnie całej fortuny?! Bądź co bądź Sophie Meyers nigdy nie była biedna (oprócz tego krótkiego, nieszczęsnego epizodu w swoim życiu, który szybko wyparła z pamięci) i nie zamierzała nigdy być. Ale wiadomo, że tylko biedni są mili! Hermiona jest miła – jest biedna; Ron jest miły – biedny; Neville – bieda! SAME BIEDAKI! A Malfoy był bogaty i co?! Był zły! Nagle z jej infantylnych rozmyślań wyrwał ją beztroski głos:
- Może dropsa?
I wtedy jej chomiczy mózg zaczął pracować na wyższych obrotach! Albus Dumbledore – nie był biedny, a był dobry! No przyznajmy, dobry to za duże słowo, zważając na pewne wydarzenia… Ale jednak założył jakąś śmieszną organizację i był miły!
- Panie Dyrektorze, chcę przeprowadzić z panem wywiad do szkolnej gazety! – wypaplała, wymachując rękami. – Ale najpierw nauczy mnie pan, jak mam stać się dobra!
- Och, tak, twoja prośba jest zrozumiała. Udało mi się zmienić wielu złych ludzi! Chociażby profesora Snape’a! I Voldemorta, ale on znowu stał się zły! – zaczął przemawiać mentorskim tonem Dumbledore.
- Mam nie myć włosów?! I odciąć sobie nos?! – Przeraziła się Meyers, chwytając się za swoje blond pukle i piękną twarz!
- Nie, to nie jest konieczne, drogie dziecko! – powiedział dobrodusznie Albus, wpuszczając ją do pustej klasy.
- No, bo wie pan… A pan już i tak wie o tym… No, mnie, George’owi i Fredowi przydarzyło się dziwne wydarzenie! – Zaśmiała się jak wariatka. – I powiedziałam o tym Hermionie I ONA CHCE POWIEDZIEĆ IM, ŻE JA POWIEDZIAŁAM I… FRED NA MNIE NAKRZYCZY!
- Spokojnie! Musi pani po prostu pierwsza przyznać się do tego panu Weasleyowi! Na pewno doceni pani szczerość! – mówił Albus.
- ACH, ALE PAN JEST MĄDRY! – zawołała z entuzjazmem Sophie i aż złapała profesora za brodę z wrażenia. – To niech teraz opowie mi pan coś o swoim życiu! Potrzebuję GORĄCEGO MATERIAŁU DO GAZETY!
- Chętnie opowiem parę szczegółów! – Albus rozsiadł się na fotelu i zaczął pożerać magdalenkę, a jej smak przypomniał mu o zamierzchłych czasach – czasach, które miały nigdy nie powrócić. 



Draco Malfoy wszedł poirytowany do Pokoju Wspólnego Slytherinu. Z obrzydzeniem ominął Blaise’a, którego najwyraźniej ktoś wniósł do środka – z gęby nadal zwisała mu piana, a oczy miał wlepione w sufit.
- Twoja Lav-Lav cię szuka – prychnął do niego pogardliwie, na co nagle Blaise ocknął się i schował za krzesłem. Malfoy tylko westchnął głęboko i usiadł koło Millicenty.
- Wiem, że gówno cię to obchodzi, ale jesteś jedyną osobą, która może mi doradzić! – powiedział niechętnie do Bulstrode. Z obrzydzeniem spojrzał na kolaż ze zdjęciami trzymany przez Bulstrode w grubej ręce – fotografie przedstawiały w różnych pozach ją i tego kretyna z roku niżej z Gryffindoru, który miał budowę dziewięcioletniej dziewczynki i prawie nie robił laski Potterowi za każdym razem, kiedy go widział. Malfoy ugryzł się w język pięć razy, obdarował siebie samego plaskaczem i wydusił przez zaciśnięte zęby – chyba się z nim nie spotykasz?
- Spotykam się! A coś ci to przeszkadza, Malfoy? – spytała zjadliwie Millicenta, pałaszując czekoladki w kształcie serc, które otrzymała rano od swojej miłości!
- Naprawdę wasze podboje miłosne zaczynają być DZIWNE – oświadczył jej Draco. – Ale w sumie mam to gdzieś. Pomóż mi. Judith nie chce się ze mną całować!
- Może wali ci z ryja?
- NIE! JESTEM ARYSTOKRATĄ! DBAM O HIGIENĘ! Uderzyła się w głowę i gada o jakimś…. Prawieniu komplementów, adorowaniu i … Tym podobnych – mruknął pogardliwie Malfoy.
- To może zaproś ją na randkę, podaruj jej czekoladki – powiedziała Millicenta, wyszczerzając zęby pokryte brązową mazią – i bądź miły? A i nie ma za co! – Machnęła ręką, kończąc rozmowę.
- Ale jesteś pomocna! – odparł Malfoy i przewrócił oczami, przechodząc obok świegoczącej Pansy, która prawie kopulowała z Nottem na kanapie. – Jesteście obrzydliwi! – oświadczył im tylko dumnie. Nagle pomyślał o tym idiotycznym sklepie Weasleyów – tak, oni mieli jakieś gówniane poradniki miłosne! I eliksiry miłosne! A i Peruwiański Proszek Ciemności, bo z tego wszystkiego zapomniał, że ma zajebać Dumbledore’a!
Malfoy – dumny z siebie, że wpadł na tak znakomity pomysł – ruszył w stronę pomnika Garbatej Czarownicy, by móc przedostać się do Hogsmeade, ale ze zdziwieniem stwierdził, że koło pomnika kręci się jeszcze jedna osoba.
- Co ty tutaj robisz? – wyszeptała Sophie, chowając się za rogiem i obserwując, czy nigdzie nie ma Filcha.
- Judith chce romansów, idę po jakieś babskie prezenciki do sklepu Wieprzlejów – mruknął, podnosząc garb czarownicy i ukazując sekretny tunel – który właściwie już nie był sekretny!
- A ja idę powiedzieć Fredowi pierwsza co się stało! Wysłałam mu sowę z prośbą o natychmiastową wizytę! – powiedziała entuzjastycznie, dziarsko wchodząc do tunelu.
- To najgłupszy pomysł na jaki mogłaś wpaść! – prychnął Malfoy.
- Niby czemu?
- Bo nigdy nie można przyznawać się do błędu! Jak się nie przyznasz to wtedy to nie jest błąd – Ślizgon oznajmił jej pewnie.
- Wcale, że nie! – odparła Sophie i pokazała mu język. Nie podobało jej się w tym tunelu! Było zimno i śmierdziało siuśkami. Ale czego się nie robi dla miłości?! – Sam profesor Dumbledore mi powiedział, że tak powinnam zrobić! A jest dobry i bogaty jednocześnie! Też chcę taka być!
- No w sumie… - Draco zawahał się na chwilę. Dobrze wiedział, że pieniądze oznaczają dobro, bo można za nie kupić wszystko. Liczył, że uda mu się także jakoś wkupić w łaski Judith! – Skoro teraz będziesz miła, to może mi pomożesz w sprawie Judith?
- Nie znam Nowej Judith – powiedziała smutno. – Wolałam starą, kupiłbyś jej wtedy coś z sierściuchem i po sprawie!



Snape otworzył ledwo oczy, ale szybko je zamknął. Przez moment nie wiedział, czy jest w niebie, czy może w piekle. Po chwili na nowo je otworzył. Chciał je przetrzeć, by widzieć jeszcze wyraźniej, ale wtedy zorientował się, że jest skrępowany! I nagi! Leżał nagi, przywiązany do czegoś, co miało chyba imitować łóżko, a wokół niego stały wysokie, cycate i mocno opalone kobiety.
- Ty być mężczyzna – wydukała jedna z nich. Wyglądała na ich królową. Snape nie wiedział, dlaczego tak stwierdził – czy to z powodu wielkiej, pierzastej korony na głowie, czy z tego powodu, że miała największy biust. – My być kobieta – mówiła dalej. – My kopulować, aż ty paść – zakończyła swoją wypowiedź i uśmiechnęła się, pokazując bezzębne dziąsła.



Zabini siedział skulony pod swoim łóżkiem. Co mogło pójść źle?! Mamusia dokładnie mu powiedziała przecież, co ma zrobić!
- Wróć do Hogwartu! – powiedziała wtedy. – Udawaj normalnego, nudnego ucznia, umów się z najbrzydszą i najgłupszą dziewczyną w szkole! Niech uwierzą, że jesteś taki jak oni! Ale pamiętaj, kochanie – na te słowa się zachwiała i rozlała trochę alkoholu z piersiówki. – Jesteś cudowną, małą pszczółką mamusi! Mamusia cię kocha i chce, byś był najszczęśliwszy. Zatem wytrwaj do balu i przeleć Charliego tak dobrze, aż będzie cię błagał, byś to TY do niego wrócił!
Mamusia zawsze chciała dla niego jak najlepiej, a tu wszystko poszło nie tak! Wszystko!
Nie! – postanowił nagle. – Muszę być silny! Muszę odzyskać moją miłość!



- Myślisz, że mnie nie rozpoznają? – mruknął Draco, który uświadomił sobie, że Weasleyowie mogą nie być zachwyceni jego widokiem, a na pewno nie sprzedadzą mu niczego bez durnych docinków – dlatego po drodze zatrzymali się w jakimś sklepie Z ODZIEŻĄ Z DRUGIEJ RÓŻDŻKI (w sumie zawsze myśleli, że w takich miejscach ludzie wyrywają sobie ciuchy z rąk i tłuką się maczetami, ale okazało się, że jednak trzeba za nie po prostu zapłacić) i kupił jakąś perukę oraz wąsy – poprosił kasjerkę tonem pana i władcy, żeby mu ją zdezynfekowała dziesięć razy!
- Nie wiem, nie rzucę na ciebie zaklęcia zmiennokształtnego, bo URODZINY MAM DOPIERO…
- Na kurwę Merlina, już cały Hogwart wie, kiedy masz urodziny! – Zirytował się Malfoy. – Jak w ogóle udało ci się przekupić Dumbledore’a?! Mojemu ojcu nigdy się nie udało!
- Nie przekupiłam go! – powiedziała szybko Sophie, ale przypomniała sobie wtedy, że jej ojciec wyposażył wszystkie sale w nowe sprzęty, a także kupił Hogwartowi stadninę jednorożców, na których Dumbledore i Hagrid jeździli codziennie rano. – Jesteśmy! – zawołała wesoło i wkroczyła do sklepu Weasleyów – jak zwykle pełnego hołoty! Chciała już krzyknąć, żeby się przesunęli, bo idzie najprawdziwsza księżniczka, ale zapomniała, że miała się zmienić, więc mamrocząc „przepraszam”, przepchała się do lady.
- Witaj, blasku – a w zasadzie może powinienem powiedzieć ciemności – mojego księżyca! – zawołał ironicznie Fred na widok swojej dziewczyny, jednak po chwili schylił się, żeby ją pocałować. – Co to za ważne sprawy oderwały mnie od obowiązków na Pokątnej? – spytał i spodziewał się zaraz usłyszeć lamentu o wyimaginowanym przytyciu tudzież o braku sukienek na bal.
- A i cześć Malfoy – dodał leniwie George, który wnosił kartony na zaplecze.
- CHOLERNE PRZEBRANIE! – warknął Draco, z obrzydzeniem zrywając z siebie wąsy i perukę z czarnych, kręconych włosów. – Dawajcie mi jakieś pierdoły miłosne, ale to już!
- Patrz, jak lecę! – mruknął George, zatrzymując się w przejściu.
- Tak, już się rozpędziliśmy – dodał obojętnie Fred.
- Mam dużo kasy! Macie mi sprzedać Peruwiański Proszek Ciemności i jakieś romantyczne bzdury! Dużo zapłacę – powiedział rozkazująco Draco i wysoko uniósł głowę. Bliźniacy popatrzyli po sobie.
- Jesteśmy teraz OB-RZY-DLI-WIE bogaci, Malfoy… - zaczął mówić Fred.
- Tak, gdyby umknęło to twojej uwadze – dodał George.
- A moja laska jest córką księcia, więc myślę, że wiesz…
- Gdzie możesz wsadzić swoją fortunę!
- PRZEPRASZAM BARDZO, ALE CHYBA MIELIŚMY ROZMAWIAĆ O MNIE! –Sophie tupnęła nogą.
 – Och, Freddie, chciałam się przyznać do tego, że wygadałam się Hermionie o naszej małej przygodzie i chce zerwać z Georgem! Powiedziałam też, że ma mniejszego penisa niż Ty, ale to tylko pomysł na nowy patent! Wprowadzicie przedłużacz penisów! A George i tak powinien znaleźć dziewczynę, u której nie istnieje obawa, że odgryzie mu przyrodzenie wielkimi zębami! Ale, ale zanim się zdenerwujesz, musisz wiedzieć, że postanowiłam się zmienić – oświadczyła dumnie i klasnęła, a Weasleyowie i Malfoy wpatrywali się w nią zszokowani – jednak niezrażona Sophie mówiła dalej. – Kupiłam szaty w M&M’ie i oddałam je przytułkowi! Chciałam im oddać swoje ubrania, ale stwierdziłam, że te grubasy nie wejdą w nie, a poza tym to smutne, kiedy taka hołota nosi ubrania od projektantów! Nawet jedną szatę podarowałam twojej siostrze, ale kazała mi sobie ją wepchnąć w swój pusty łeb! A to dopiero POCZĄTEK MOJEJ DZIAŁALNOŚCI CHARYTATYWNEJ…


Judith Rhodes spacerowała korytarzami Hogwartu w towarzystwie Hermiony Granger – jej towarzystwo dużo bardziej odpowiadało niż to – jej niby przyjaciółki – Sophii Meyers! Przynajmniej z Hermioną mogła podyskutować o zaklęciach, historii czarodziejów czy miksturach – Judith, tracąc pamięć krótkotrwałą, z drugiej strony zyskała dużą wiedzę na temat przedmiotów, których uczyła się w Hogwarcie!
- Panno Rhodes! – Usłyszała nagle śpiewny głos należący do samego Albusa Dumbledore’a!
- Tak, panie dyrektorze? – spytała grzecznie.
- Wiem, że chciała pani uczęszczać na indywidualne lekcje z eliksirów! Chociaż profesor Snape wybrał się na urlop, to nie możemy pozbawić pani tej możliwości! Co prawda wyglądam, jakbym miał trwałe zaniki pamięci, a także sprawiam wrażenie niepoczytalnego, jednak mam OGROMNĄ WIEDZĘ NA TEMAT ELIKSIRÓW! – zawołał Dumbledore, a Judith posłusznie weszła za nim do sali po wcześniejszym pożegnaniu się z Hermioną. Usiadła w ławce – od kiedy były one wyposażone w wibracje masujące plecy?! – i popatrzyła na niego wyczekująco.
- Dzisiaj przyrządzi pani Eliksir Udawanej Śmierci – oznajmił jej poważnie Albus. – Ten eliksir został wynaleziony podczas pierwszej wojny czarodziejów przez Hester Hurrington. Po jego podaniu popadało się w stan podobny do śmierci – jednak był on krótkotrwały, w zależności od natężenia składników mógł trwać godzinę, dwie albo całą dobę…
- To w takim razie po co go podawano? – spytała Rhodes.
- Cóż, jeśli Voldemort kazał kogoś zabić – a już wówczas mieliśmy szpiegów w jego szeregach – to podawaliśmy tej osobie ten eliksir. Voldemort nie mógł ocenić, czy ktoś umarł naprawdę. Jednak receptura tej mikstury jest bardzo skomplikowana i można kogoś zabić naprawdę! – oznajmił mentorskim tonem Dyrektor. – A dzisiaj uwarzy go pani – i proszę uważać, bo… Wypróbujemy go na mnie! – oświadczył jej z nienaturalną radością i machnął różdżką w stronę tablicy. 


        
Lord Voldemort wszedł do głównego pomieszczenia w Malfoy Manor – wszyscy jego sługusi opuścili pokornie głowy.
- Słyszałem, że… - zaczął grobowym głosem Czarny Pan i z dziką satysfakcją stwierdził, że wszyscy już popuszczają w majtki ze strachu – w Hogwarcie odbywa się Bal Absolwentów! – dokończył, a tym razem wszyscy popatrzyli się na niego jak na idiotę, więc zrobił groźną minę i zawarczał.
- Przepraszam najmocniej, panie… Ale… Jaki to ma związek z nami? – spytał pan Rhodes, który od początku pobytu w Malfoy Manor przytył tak, że musiał siedzieć na trzech krzesłach. Ale cóż poradzić – skrzaty gotowały tak dobrze!
- My też jesteśmy absolwentami, idioto – powiedział lodowato Voldemort, głaszcząc Nagini po pysku. – Dlatego wszyscy weźmiemy w nim udział! – dokończył upiornym głosem i zaniósł się złowieszczym śmiechem.


Judith siedziała już od kilku godzin nad eliksirem dla Dumbledore’a. Stwierdziła, że musiała być świetna w eliksirach, skoro sam dyrektor dał jej tak ciężkie zadanie – w jej rękach było życie Albusa! Wrzuciła korzeń waleriany, eliksir lekko zabulgotał i zmienił kolor na czarny. Dziewczyna uśmiechnęła się sama do siebie.
- Skończyłaś, kwiatuszku? – zaszczebiotał Dumbledore, pojawiając się z nikąd.
- Tak jest, panie profesorze – powiedziała dumnie Rhodes, odsuwając się od kociołka, by dyrektor mógł sprawdzić konsystencje eliksiru.
- Sprawdźmy zatem, jak się sprawdza w użyciu – powiedział, układając na podłodze poduszki. Wrócił do eliksiru i nalał go trochę do fiolki. – No to siup w ten głupi dziób! – zrymował i wypił wszystko. – Całkiem smaczne – stwierdził, siadając na poduszkach. Judith czekała w napięciu, przyglądając się Dumbledore’owi. Jednak kątem oka zauważyła coś, czego nie powinno już być. Piołun! Zapomniała go dodać! Chciała zareagować, ale dyrektor leżał już bez tchu na podłodze.



- Ależ, Czarny Panie! Jak nam się uda wejść niepostrzeżenie do Hogwartu? – odezwał się Carrow.
- Idioci! Ci, którzy są rozpoznawani jako śmierciożercy, wypiją Eliksir Wieloskokowy. Ja również go wypiję, chociaż nie wstydzę się swojego idealnego ciała! Tylko musicie mi znaleźć włos jakiegoś przystojnego Ślizgona! Najlepiej bruneta! Wysokiego! – rozkazał Voldemort, a wszyscy pokiwali zgodnie głowami.
- Panie, a co z moim mężem? – odezwała się nieśmiało Narcyza.
- Z tej okazji zaatakujemy Azkaban – powiedział Lord z dziwną satysfakcją. – Nie może żadnego absolwenta zabraknąć – dodał i zaczął się władczo śmiać. Zawtórował mu pan Rhodes, lecz kiedy tylko Czarny Pan na niego spojrzał, zamilkł.



- Nie mam wcale małego penisa, prawda Fred?! – mruknął cicho George. Sklep był zamknięty od dwóch godzin, a Sophie dalej trajkotała o swojej wielkiej przemianie, a wszelkie próby przerywania jej kończyły się niepowodzeniem.
- Stary, nie przyglądam się twojemu penisowi – odparł ze znudzeniem Fred.
- Jasne – prychnął Malfoy, który w czasie monologu Meyers zdążył schować pół sklepu Weasleyów pod szatą.
- Widzimy, co robisz – stwierdził cierpko Fred.
- Tak i masz za wszystko zapłacić – dodał George.
- Znowu mi przerywacie! – zacmokała z naganą Sophie i zaczęła pokazywać swoje zdjęcia ze Świętego Munga, na których wręczała wszystkim swoją autobiografię napisaną na skrawkach chusteczek.
- Och, Sophie, wcale nie musisz się zmieniać! – odparł niespodziewanie Fred i szturchnął brata.
- Tak, uwielbiamy cię taką, jaka jesteś! – Szybko podłapał George.
- Naprawdę? – spytała ze łzami w oczach Sophie.
- Naprawdę? – burknął Draco, wkładając do kieszeni jakieś dziwne, wibrujące kulki.
- Oczywiście! – zawołali na raz bliźniacy, prawie wypychając Sophie i Dracona za drzwi.
- A pocałunek na pożegnanie? – spytała z urazą Meyers.
- Kiedy ten nienaturalny uśmiech zniknie z mojej gęby, ZAMIENIĘ SIĘ W SEVERUSA SNAPE’A W MOMENCIE, KIEDY NIE OTRZYMAŁ ORDERU MERLINA! – zawołał Fred, szczerząc się jak psychopata.
- Tak i jeśli jeszcze jedna dziewczyna zerwie ze mną przez ten trójkąt, to stworzymy poligamiczny związek! – powiedział równie radosnym głosem George. 



- Uważasz, że jej się to spodoba? – spytał Draco, patrząc z powątpiewaniem na misia z sercem, kwiaty i czekoladki. W kieszeni trzymał jeszcze ciekawsze rzeczy – no ale na to miała przyjść kolej dopiero później, kiedy Judith padnie mu do stóp!
- Pewnie! Każda laska lubi pluszaki, kwiaty i słodycze – stwierdziła ze znudzeniem Sophie, która czuła się jak prawdziwa Matka Merlina. W czasie drogi do Hogwartu zdążyła rozdać jakimś biedakom swoje godzinne kieszonkowe – czyli około stu galeonów. Co prawda większość rzucała w nią monetami i wykrzykiwała, że wcale nie są biedni – ale, ale ich ubrania i buty mówiły coś innego! Na dzisiaj starczyło jej tej dobroczynności. A może i na zawsze? PRZECIEŻ I TAK NIKT TEGO NIE DOCENIAŁ. Postanowiła, że jutro spali trochę pieniędzy, uwieczni to na zdjęciach i wyśle do przytułku. – Chyba że jest spasioną świnią. Wtedy lepszy byłby karnet na siłownię. Ale skoro Judith jest szczupła… - przyznała niechętnie, przepiłowując paznokcia.
- Gdzie ona może być? – spytał Malfoy. Nagle oboje usłyszeli głośny płacz i popatrzyli po sobie.
- To pewnie Jęcząca Marta, Judith na pewno jest w Gryffindorze I SIĘ UCZY! – powiedziała pogardliwie Sophie.
- Nie, nie! Kiedyś też byliśmy przed tą salą i ktoś ryczał jak zarzynany hipogryf! To byłaś ty! – zawołał nagle Malfoy i skierował się w stronę, z której dochodziło łkanie. Meyers wzruszyła ramionami i poszła za nim. Draco uchylił drzwi ich oczom ukazał się widok co najmniej dziwny – dziwny, nawet biorąc pod uwagę ostatni rok w Hogwarcie! Na ozdobnych poduszkach leżał Albus Dumbledore, który wyglądał, jakby wyzionął ducha, a nad jego ciałem płakała Judith. Rhodes zerwała się na ich widok.
- ZABIŁAM DYREKTORA! – zawołała histerycznie.
- Szkoda. Nawet go ostatnio polubiłam! – mruknęła Sophie.
- Jak to się stało? – zapytał grobowym głosem Malfoy, który nagle stał się trupio blady.
- Och, kazał mi uwarzyć Eliksir Udawanej Śmierci, który chciał wypróbować na sobie! Pomyliłam jeden ze składników i… I…
- I naprawdę umarł – dokończył za nią lodowato Draco. Czuł, że aż się trzęsie z wściekłości!
- To gdzie zakopiemy ciało? – mruknęła Sophie. – Najlepiej weźmy kilka jego włosów, to nikt się nie skapnie, że zniknął i…
- ZAMKNIJ SIĘ! – ryknął nagle Malfoy. – TO JA MIAŁEM GO ZABIĆ! – wrzasnął nieoczekiwanie i dopiero po chwili uświadomił sobie, do czego właśnie się przyznał.
- CO?! – ryknęły razem Judith i Sophie.
- Same wiecie kto kazał mi go zabić! A teraz zabije mnie! – warknął Draco, kopiąc Dumbledore’a w nogę.
- I ja z tobą byłam?! – zawołała Judith, po czym patrząc się na chłopaka z przerażeniem, zaczęła wycofywać z sali. Sophie za to uklękła koło Albusa i obcięła mu nożyczkami do paznokci pukiel włosów.
- Tak na wszelki wypadek – mruknęła, chowając go do torebki.
- Jak to byłaś? – Draco nagle się zorientował, co powiedziała dziewczyna.
- Jesteście potworami! – wrzasnęła Judith. – Nie mogę być z kim, kto chciał kogoś zamordować! – dodała i wybiegła z sali.
- Kurwa! – zaklął Malfoy. Nie dość, że zawiódł Czarnego Pana to jeszcze laska go zostawiła.
- Patrz, jaki radosny! – zaśmiała się Sophie, robiąc uśmiech na twarzy Dumbledore’a.
- Nałykałaś się czegoś u Weasleyów? – burknął Ślizgon, chodząc w kółko. – Co zrobić? Co zrobić? – zastanawiał się głośno.
- Hmm… Wiesz, że rozwiązanie jest dość proste, prawda? – powiedziała Sophie z kpiną. Jacy ci Malfoye są mało sprytni! Dobrze, że należy do królewskiego rodu, po tatusiu odziedziczyła zdolność szybkiego rozwiązywania problemów.
- Niby jaki? – zapytał Malfoy. – Nie będę pił eliksiru z włosami tego starego pryka! – dodał pośpiesznie.
- Idiota – mruknęła dziewczyna. – Powiedz, że to ty go zabiłeś! Problem z głowy! A teraz bierz łopatę, idziemy go zakopać.



         Judith biegła przez korytarze Hogwartu. Nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić! Nie wiedziała, gdzie ma się podziać! Wszyscy byli źli i skorumpowani! A ona zabiła dyrektora, który tak chętnie podawał jej cytrynowe dropsy podczas pracy… Zdała sobie sprawę, że wcale nie była lepsza od innych, zalała się łzami i dramatycznie osunęła się na ziemię.
- Czemu płaczesz? – zapytał się Neville, który siedział w kącie, jakby się przed kimś ukrywał.
- Nieważne – mruknęła dziewczyna, ocierając łzy. – Czemu się tutaj chowasz?
- Boję się, że Snape nagle wróci i na mnie nakrzyczy – powiedział całkiem poważnie.
- Przykro mi – westchnęła Judith. Siedzieli razem chwilę w milczeniu, aż w końcu Neville się odezwał:
- Może chciałabyś pójść na kremowe piwo i porozmawiać?
- Z wielką chęcią! – powiedziała dziewczyna, wstając. Chociaż jeden normalny chłopak w całym Hogwarcie!



Severus Snape był wykończony. Nie czuł swojego ciała poniżej pępka, a jego język był tak napuchnięty, że nawet jeśli by miał różdżkę, nie udałoby mu się i tak wymówić żadnego czaru! W ciągu tego dnia był wykorzystany przez wszystkie dzikuski – co na początku, oczywiście, mu się bardzo podobało! – aczkolwiek po kilku godzinach nieustającego seksu, marzył tylko o śnie.
- Ty mieć trzydzieści minut przerwy. Potem jeszcze raz – powiedziała kobieta w stroju ze skóry tygrysa. Snape zastanawiał się, skąd ona, u licha, wzięła skórę tygrysa na tej wyspie.

https://3.bp.blogspot.com/-TKQzhNhnVRA/VhBkHepl2hI/AAAAAAAAAD0/tvrnTc_9IL4XwnHl3lpDR9D4mc6Skp0tgCKgB/s1600/kot.jpg

- Zamierzasz w końcu wyjść z Pokoju Wspólnego? – spytała się Millicenta, która zaprosiła do Pokoju Ślizgonów Collina i obściskiwała się z nim na kanapie. Co prawda, trzęsący się i marudzący w kółko Zabini, który siedział z nimi na jednej kanapie, tworzył niezbyt dobry nastrój na amory, jednak jak się nie ma co się lubi...!
- Nigdy! – powiedział całkiem serio Blaise.
- A mógłbyś chociaż pójść gdzieś indziej? – spytała się Bulstrode tonem, który wskazywał, że Blaise powinien się ulotnić.
- Dobra, zero z was pożytku! Jak wsadzą cię do Azkabanu za molestowanie dzieci, nie będę zeznawał na twoją korzyść! – żachnął się Zabini i poszedł do dormitorium, lecz tam również ktoś już był! Na swoim łóżku siedział Crabbe i zawodził, ściskając w dłoni zdjęcie Goyle’a.



Blaise Zabini poczuł dziwne uczucie – nigdy w życiu go jeszcze nie doświadczył! Nie mógł patrzeć prosto na Crabbe’a, coś naciskało go na podbrzusze, było mu lekko niedobrze… Nie mógł być przecież, na Merlina, w ciąży!
- JASNA CHOLERA, ALE JESTEM SŁABEUSZEM! – wrzasnął. – MAM WYRZUTY SUMIENIA! – powiedział po chwili i plunął z pogardą.
- Goyle… Goyle nie żyje! – zawył Crabbe.
- Powiedz mi coś, czego nie wiem – burknął Blaise, przypominając sobie pewien bardzo, bardzo zły moment.
- Już nigdy z nim nie porozmawiam!
- Cóż za wielka strata – mruknął Zabini, kładąc się na łóżku.
- Już nie… Już nie wyprowadzę z nim szczeniaczka na spacer! – zawył Crabbe. Cóż, razem z Goylem – na cześć zmarłego Pupusia – kupili sobie jakiegoś obrzydliwego szczeniaczka, który przypominał Pansy. W tym momencie kundel patrzył się wielkimi oczami na Blaise’a i ślina ciekła mu z pyska. Ten widok jeszcze go nie wzruszył, ale kiedy pies zaczął ruchać poduszkę, w oczach Zabiniego pojawiły się łzy.
- GOYLE WRÓCI! – zawyrokował nagle.
- Ale jak?!
- Potrzebujemy tylko jeszcze paru durni… - zacmokał Blaise, rozglądając się uważnie po pokoju.
- Ale jak, Blaise?! – zawył Crabbe i wielki glut wypadł z jego nosa, nadając całej scenie dramatyzmu. 
- TABLICA OUIJA, IDIOTO! – warknął Zabini i nagle wytaszczył wielką planszę spod swojego łóżka. 


Sophie i Draco wychodzili przez ten sam tunel z Hogwartu co kilka godzin wcześniej – jednak tym razem w zupełnie innym celu!
- On waży z tonę – wysapał Malfoy. Dlaczego żadne z nich nie miało jeszcze skończonych siedemnastu lat, a Judith – JEDYNA MOGĄCA CZAROWAĆ – postanowiła uciec?!
- Ha! Wiedziałam, że coś z nim nie tak! Bogaty, dobry, ale nie taki chudy! – wymruczała Sophie, która parę razy wpadła już w substancję przypominającą urynę, kiedy próbowała pociągnąć worek.
- Dobrze, że mamy ten jebany proszek od Wie… Weasleyów i mogliśmy ulotnić się z Hogwartu – mruknął Malfoy.
- Dobra, nie pierdol! Kop dół! – warknęła, podając łopatę Malfoyowi. Znajdowali się na błoniach i wokół było upiornie ciemno.
- Przecież wiesz, że nie potrafię kopać, bo jestem bogaty! CHOLERA, TY TEŻ NIE! – Załamał się Malfoy.
- Cholibka, co się tutaj dzije? – Usłyszeli nagle głos Hagrida. Malfoy czuł, że chyba na pewno już popuścił w majtki i chciał rzucić na tego durnia Avadę, ale Sophie, widząc, jak podnosi różdżkę, wyrwała mu ją.
- Panie profesorze, mamy okropny szlaban od… - Meyers zamyśliła się chwilę, Snape’a przecież nie było. – Profesor McGonagall! Kazała nam zakopać jakieś nieudolnie transmutowane zwierzę, a jesteśmy tacy… Tacy CHUDZI I MALI! – zawyła. Gajowy popatrzył na nich ze zdziwieniem.
- Cholibka, chyba wam pomigę! – Zdecydował nieoczekiwanie i zaczął kopać dół. Sophie z zadowoloną miną usiadła na trawie, a Malfoy z niedowierzeniem patrzył na poczynania tego durnia – był głupi, ale czy aż tak?! Kilka razy ręka Hagrida znalazła się niepokojąco blisko worka – wówczas wstrzymywali oddech. Ale wreszcie, wreszcie profesor skończył kopać dół!
- Z resztą sobie poradzimy, bardzo panu dziękuję! Pozdrowię Freda od pana profesora! – zaszczebiotała. Gajowy oddalił się – był już naprawdę daleko i Sophie wraz z Draconem odetchnęli z ulgą. Jednak nagle – nagle Hagrid cofnął się!
- Aż miszę zobiczyć tego zwierzaka! – oznajmił im, chytrze pocierając rękami. Zanim zdążyli zareagować – już odsłonił worek. – Czy to… - zaczął z przerażeniem, lecz nie było mu dane skończyć, ponieważ dostał drętwotą.
- Coś ty zrobiła?! – zawołał z przerażeniem Draco, patrząc jak gajowy wpada do wcześniej wykopanego dołu. – W życiu go stamtąd nie wydostaniemy!
- Oj, nie histeryzuj – warknęła Sophie, chowając różdżkę za pasek spodni. – Gorzej, że stracę kolejne 200 galeonów na mandat! Co za chamstwo.
- Ty się martwisz jakimiś drobnymi, kiedy mamy prawdziwy problem?! – gorączkował się Draco. Podskakiwał przy tym jak mała zabawka.
- Przecież to żaden problem – fuknęła Sophie. Położyła nogę na worku z Dumbledorem i mocno pchnęła. Ciało stoczyło się do dołu, na Hagrida. – Lepiej zakopmy ich, zanim Hagrid się ocknie – powiedziała spokojnie i podała łopatę oniemiałemu Malfoyowi.



- Powiedz mi, czemu w twoim małym, zaćpanym móżdżku zrodził się pomysł, że zechcemy ci pomóc w wywołaniu ducha Goyle’a? – spytała się spokojnie Millicenta, odklejając się od Colina. Wyglądali jak jakiś dziwny stwór z jedną paszczą i dwiema parami kończyn.
- Bo mam wyrzuty sumienia i kiedyś mój terapeuta powiedział, że powinienem naprawiać swoje błędy, zatem liczę na ciebie, moja droga koleżanko od kieliszka – odpowiedział równie spokojnie Zabini, jednak kiedy Bulstrode otworzyła usta, by stanowczo odmówić, nachylił się nad nią i szepnął jej do ucha:
- Lepiej mi pomóż, bo inaczej mogę z twojego Colinka zrobić mielonkę.
- Czy ty mi grozisz? – wysyczała Ślizgonka, mrużąc oczy.
- Jak najbardziej! – powiedział dumnie Blaise, zakładając ręce na piersi i nie spuszczając wzroku z koleżanki z Domu.
- Ha, stary Blaise wrócił! – zaśmiała się pogodnie. – Dobra, pomożemy wam. Prawdo, moja piszcząca kuleczko?
- Tak, uwielbiam historię o duchach – powiedział z głupkowatym uśmiechem Creevey.
- Dałaś mu moje tabletki? – spytał się Blaise, dokładnie przyglądając się nieobecnemu spojrzeniu chłopaka.


Snape miał stanowczo dość! Ile razy dziennie można uprawiać seks? Czy można od tego umrzeć? Liczył, że nie! Na początku myślał, że to los odwdzięcza mu się za to, że był prawiczkiem do ponad trzydziestki, aczkolwiek teraz zaczynał w to naprawdę wątpić.
Wreszcie postanowił, że zaprowadzi tutaj porządek! Tak, to właśnie zrobi!
- Czy mogłybyście mi podać szatę? – wydukał. Jakaś gruba Helga z pogardą rzuciła w niego kawałkiem materiału – Severus błyskawicznie znalazł w kieszeni różdżkę. Popatrzył z prawdziwym obrzydzeniem na niewiasty i wykrzyknął – Incarcerous! – Celując we wszystkie zbrodniarki po kolei. Po chwili kobiety padały na ziemię jak muchy – i to w dodatku skrępowane muchy! Kiedy skończył, na jego twarzy pojawił się pełen satysfakcji grymas.
- Teraz ja zostanę tutaj królem! – oznajmił im grobowym głosem. 



- Ten worek… Chyba SIĘ PORUSZYŁ! – wrzasnął Malfoy, wpatrując się w głąb dołu. Wydawało mu się, że coś pod bezwładnym ciałem Hagrida drga. Przez godzinę udało im się wrzucić tylko cztery łopaty piachu do dołu – a i tak unosili łopatę oboje jednocześnie!
- NA MERLINA, NA PEWNO STALI SIĘ INFERIUSAMI ! – zawołała Sophie i oboje z Draconem zaczęli panicznie wrzeszczeć – a po chwili wyruszyli szalonym pędem przed siebie, prawie nie łamiąc nóg po drodze. Znajdowali się coraz głębiej Zakazanego Lasu – ale nie zwracali na to uwagi, bo mieli dużo gorsze zmartwienia!
- NA MERLINA, TRAFIĘ DO AZKABANU!– wydyszała Sophie. – BĘDĘ PIERWSZĄ OSOBĄ Z KRÓLEWSKIEJ RODZINY W WIĘZIEEENIU! – zawyła, przystając na chwilę. – ZABIŁAM HAGRIDA! - dokończyła, wpadając w prawdziwą histerię.
- Chyba słabo znasz się na historii – stwierdził cierpko Malfoy. – I nie da się nikogo zabić Drętwotą.
- A ZAKOPANIEM ŻYWCEM?!
- To nadal mała strata. – Wzruszył ramionami Draco.
Nagle rozległo się okropne, przerażające wycie!
- Dzisiaj jest… Dzisiaj jest… - zaczęła dukać Sophie, patrząc na niebo.
- Pełnia – dokończył grobowym głosem Malfoy i usiadł na kamieniu.
- CO TY ODPIERDALASZ?! – Zirytowała się Meyers.
- I tak umrzemy! – Wzruszył ramionami Draco. – Jeśli nie zabiją nas wilkołaki, to mnie i tak zabije Czarny Pan! A jeśli Czarny Pan tego nie zrobi, to dementor! Miłość mojego życia mnie opuściła! Jedyne co mi pozostało, to zostać dzikusem i żreć trociny! – stwierdził i wysmarował sobie twarz błotem.
- ALE JA MUSZĘ WYJŚĆ ZA MĄŻ PRZED ŚMIERCIĄ! – wrzasnęła maniakalnie Meyers, szarpiąc Malfoya za szaty. Jednak po chwili je wypuściła i stanęła osłupiała – przed nimi, dosłownie kilka metrów dalej, stał najprawdziwszy w świecie WILKOŁAK! 



- Mówię wam, że ciągnęli jakiś worek! – powiedział po raz kolejny Harry. 
- Może miałeś majaki? Jak zazwyczaj? – burknął Ron. Nadal był obrażony na Pottera – ale na Merlina, nie mógł puścić go samego do Zakazanego Lasu w środku nocy! I to w pełnię!
- On na pewno poszedł skontaktować się ze Śmierciożercami i zaraz będzie nalot na Hogwart! – zawołał z przekonaniem Harry. – Pamiętacie, ile razy miałem przeczucie, że coś złego się wydarzy? I co – ile razy się myliłem? – spytał, a Hermiona i Ron milczeniem przyznali mu rację.
– Nie cierpię tej całej Meyers, ale nie spodziewałam się, że może mieć coś wspólnego ze śmierciożercami – dodała tylko po chwili Granger. 
- Możemy już ściągnąć pelerynę – powiedział Potter, kiedy znaleźli się tuż przed wejściem do Zakazanego Lasu.



- Na Merlina, Fred, nie wiem, czy to jest najlepszy pomysł – mruknął George, przedzierając się przez gąszcz. 
- Proszę cię, dzisiaj idealna noc! – powiedział z przekonaniem jego brat. – Przecież sami tego nie zrobimy…
- Tak, bo spotka nas nędzny los!
- Właśnie. A skoro dzisiaj pełnia i grasują wilkołaki…
- To będzie pełno martwych jednorożców!
- I ich krwi! – skończył upiornym głosem Fred.



- Neville, czy to jest droga do Hosmegdae? – spytała z powątpiewaniem Judith. Longbottom prowadził ją w miejsce, gdzie było coraz więcej drzew.
- Na Merlina, to na pewno ta droga! – pisnął Neville. – Często chodzę do Hosmegdae, bo mam wielu przyjaciół! – powiedział, śmiejąc się przy tym sztucznie. Nie miał pojęcia, gdzie się znajdują.
- Też bym chciała mieć przyjaciół! – mruknęła Judith, wpatrując się z nostalgią w swoje sznurówki. – Ale osoba, która była podobno moją przyjaciółką, jest samolubna i egoistyczna.
- Mogę cię zapoznać z moimi znajomymi – powiedział chłopak, po czym dodał nieśmiało – ja mogę zostać twoim przyjacielem!
- Byłoby… - zaczęła Judith, ale przerwał jej dziewczęcy wrzask.




Sophie i Draco wzięli nogi za pas. Biegli jak szaleni w stronę Hogwartu – tak przynajmniej im się wydawało – w rzeczywistości zagłębiali się coraz bardziej w mroki Zakazanego Lasu. Draco patrzył się z przerażeniem jak jego towarzyszka niedoli – jakim cudem, do cholery, akurat musiała to być TA Gryfonka?! – wyprzedza go i pędzi jak strzała. Lata morderczych treningów z Ewą Magchód dały swoje rezultaty!
- Szybciej, blondie! – zawołała Sophie, odwracając się w stronę Malfoya, co okazało się błędem. Z rozpędu wpadła na drzewo. Draco zastanawiał się przed kilka sekund czy nie zostawić może nieprzytomnej dziewczyny na pożarcie, ale się wrócił. W końcu nie odzyskałby Judith, gdyby jej najlepsza przyjaciółka została spałaszowana przez wilkołaka!
- Wstawaj! – warknął, ciągnąc ją za ramię, ale jego mizerne mięśnie pozwoliły tylko na to, by lekko drgnęła. Oparł się wycieńczony o drzewo, na które wpadła Meyers.
Wiatr przyjemnie mu owiewał szyję. Chociaż ten wiatr był dziwnie ciepły. I dziwnie śmierdział. Malfoy otworzył szeroko oczy ze strachu i obejrzał się przez ramię. Dziesięć centymetrów od niego stał rozwścieczony wilkołak.



- Słyszałem wrzask jakiejś biednej dziewczyny! – oznajmił Harry, zatrzymując się nagle.
- Masz omamy słuchowe – burknął Ron, któremu wcale nie podobała się ta nocna wycieczka! W dodatku zauważył pająka bujającego się na drzewie!
- Nie, ja też słyszałam – powiedziała Hermiona ze strachem wymalowanym na twarzy.
- Musimy pomóc tej biedaczce! – zawołał Potter, łapiąc różdżkę. – Pewnie Malfoy i Meyers ją maltretują! Zawsze wiedziałem, że nie można ufać bogatym!
- Sam jesteś bogaty, idioto! – zawołał wściekle Ron. – Nie będę brał udziału w tej farsie! – wykrzyczał, wyrzucając ręce do góry i odchodząc jak najszybciej od przyjaciół. Przeszedł kilka kroków wściekły jak osa, ale wtedy sobie uświadomił, że głupio się zachował. – Przepraszam – mruknął Weasley, odwracając się, lecz nikogo za nim nie było. – Harry? Hermiona? – zawołał, lecz nikt nie odpowiedział.



- Tutaj nie ma żadnych jednorożców – westchnął George z rezygnacją. Chodzili już od całego kwadransa po Zakazanym Lesie i nic nie znaleźli! Nienawidził takiej bezczynności!
- Sophie – wypowiedział nagle Fred, stając na baczność.
- No, Sophie jest jak taki jednorożec – powiedział niepewnie Weasley i dodał ciszej – taki, którego nikt nie chce znaleźć – jednak po chwili odzyskał powagę, przyglądając się bratu. – Ale chyba nie chcesz użyć jej krwi, prawda?
- Coś jej się stało! – zawołała Fred, kręcąc się w kółko, a kiedy wybrał odpowiedni kierunek, ruszył szybko przed siebie.
- Skąd to możesz wiedzieć?! – dopytywał się George, goniąc za nim.
- Szósty zmysł! – powiedział Fred, pukając się w czoło.



- Neville, nic tutaj nie ma – powiedziała dzielnie Judith do chłopaka, który schował się za jej plecami.
- Jesteś tego pewna? – spytał się nieśmiało.
- Jak najbardziej! Ale musimy znaleźć tę biedą dziewczynę! Coś się jej mogło stać! – Rhodes wypięła dzielnie pierś i wyciągnęła różdżkę zza paska.



- Na początku – ogłosił wszystkim zgromadzonym Blaise – musimy złożyć ofiarę z krwi! – dokańczając zdanie, wytaszczył spod łóżka wielką siekierę.
- Chcesz nam odrąbać kończyny? – burknął Nott. Nie wiedział, czemu doprawdy zgodził się wziąć udział w tej farsie!
- Powinniśmy też zorganizować orgię, ale… - wymruczał Blaise, krytycznie przyglądając się wszystkim zebranym.
- Ja mam żyletki – odezwał się nagle Colin, wykładając na stół zawartość swojej kieszeni.
- A PO CO CI ŻYLETKI? – zawołała ze strachem Lavender. Cóż, potrzebna była parzysta liczba osób – z dwojga złego Zabini wolał Brown. Twarz Parkinson mogłaby wystraszyć nawet ducha.



- Ale dlaczego szukasz jej w Zakazanym lesie?! Pewnie dawno jest już w Hogwarcie! – mruknął George, próbując nadążyć za bratem.
- Rzuciłem na nią zaklęcie zabezpieczające po tej chorej akcji w Pokoju Życzeń – przyznał z zawstydzeniem Fred.
- Jesteś nienormalny. Albo strasznie zakochany. Nie wiem co gorsze – burknął George, ale po chwili stanął osłupiały.
- CO WY TUTAJ ROBICIE?! – rozległ się chóralny wrzask. Hermiona i Harry – oraz Fred i George patrzyli się na siebie z wyrzutem. Po chwili George zmieszany odbiegł wzrokiem na bok.
- Po nich można się spodziewać wszystkiego – skomentowała cierpko Granger.
- Najpierw powiedzcie, co WY tutaj robicie – mruknął Fred, nie reagując na przytyk Hermiony.
- Szukamy Malfoya i twojej dziewczyny. Jestem przekonany, że mają coś wspólnego z śmierciożercami – mruknął Harry.
- Harry, lubimy cię, ale nie przeginaj. Sophie nie może mieć nic wspólnego ani z Malfoyem, ani ze śmierciożercami… – burknął Fred.
- Tak, jest mugolką – dodał po chwili George.
- Broń jej jeszcze bardziej – mruknęła Hermiona.
- O co ci w ogóle chodzi? – spytał z wyrzutem George. – Mnie nie obchodzi, co robiłaś przed naszym związkiem.
- BYŁYM związkiem – podkreśliła Hermiona.



Judith sprawnie pocięła maczetą kolejny krzak – nie wiedziała w sumie, skąd wzięła się w jej szacie, ale w tym momencie czuła się jak najprawdziwszy poszukiwacz przygód! Neville niepewnym krokiem podążał za nią.
- Ktoś tam jest! – mruknęła Rhodes, rzucając się na dostrzeżony obiekt – jednak kiedy wylądowała na ziemi, zorientowała się, że rzuciła się na Malfoya.
- Wiedziałem, że do mnie wrócisz. – Uśmiechnął się Draco, podnosząc się z ziemi.
- Judith teraz chodzi ze mną! – powiedział w akcie niespodziewanej odwagi Neville. Draco parsknął śmiechem.
- Jedyna kobieta, z jaką MOŻE mógłbyś się związać, to twoja babcia. Ale tylko może! – Przewrócił oczami. – Ale uciekajmy stąd, grasuje tutaj wilkołak! Dopiero co udało mi się go przepędzić! – powiedział, naprężając mizerne muskuły. Cóż, tak naprawdę wilkołak sam gdzieś pobiegł – Malfoy nie wiedział gdzie. – Tylko musimy zabrać blondie, biedaczka zemdlała, a ja chyba zwichnąłem sobie ramię i wiecie, nie mogę jej podnieść… - zaczął się tłumaczyć, ale w tym czasie Neville bez problemu uniósł bezwładne ciało blondynki.
- Ona jest lekka jak piórko! – zapiszczał Longbottom.
- OCH, NEVILLE, MÓJ BOHATERZE! – zawołała nagle Judith i rzuciła się na chłopaka, który przez to opuścił ciało Sophii na ziemię – ale nie zwrócili na to najmniejszej uwagi, bo właśnie ich usta złączyły się w namiętnym pocałunku!



- Oczywiście, panno idealna, najlepiej to od razu zrywać! – wołał George.
- Twój czyn jest naganny! Nie da się go wybaczyć – stwierdziła Hermiona, krzyżując ręce na piersi.
- Był on PRZED naszym związkiem! – zawołał Weasley.
- A teraz nasz związek jest ZAKOŃCZONY – odarła Gryfonka. – Ciesz się, że nie jestem taka jak ta puszczalska Sophie i nie opiszę cię w gazecie!
- Jesteś o wiele gorsza niż ona! Purytanka!
- Cudzołożnik!
- Dewotka!
- Mam was dość! – zawołał Potter, wtrącając się w kłótnie. – Możecie choć raz pomyśleć o kimś innym niż o sobie?! – spytał się z naganą. George wywrócił oczami, a Hermiona spojrzała się zmieszana na własne sznurówki. – Tam gdzieś jest biedna, bezbronna i pewnie skrzywdzona kobieta! A wy, niewdzięcznicy, nie chcecie mi pomóc jej ocalić, by wszyscy mnie mieli za bohatera!
- Właśnie, nic a nic nie myślicie o naszym Złotym Chłopcu – zacmokał Fred.
- Czy wy nie wiecie jaki trudny jest PR?! Ile muszę pracy włożyć w swój nienaganny wizerunek? – spytał się dramatycznie Harry. – A tutaj taka wyśmienita okazja…
- Harry – wtrąciła się Hermiona.
- Nie przeszkadzaj mi! Udzielam ci nagany! – zawołał Potter.
- Ale Harry! – pisnęła Granger, wskazując palcem nad ramieniem Gryfona.
- Hermiono, ja nie wiem co się z tobą ostatnio dzieje. Powinnaś może wrócić do George’a, gdyż widocznie brakuje ci…
- Potter – zaczął George.
- ZA TOBĄ STOI WILKOŁAK! – dokończył Fred.