Informacje

Znajdziecie nas także na: FANFICTION.NET oraz FACEBOOKu.

sobota, 31 października 2015

DEVIL'S NIGHT: PART 1

Witamy w ten upiorny dzień!
Przed Wami prawdziwy WEEKEND GROZY! Jak pewnie zauważyliście, w związku z tym wystrój naszego bloga został zmieniony. Dzisiaj i jutro macie okazję zapoznać się ze specjalnie przygotowanym przez nas halloweenowym dodatkiem - uprzedzamy, że to AU, więc nie bierzcie wszystkiego na serio i nie dopatrujcie się w nim przyszłych losów bohaterów, bo prawdziwy epilog będzie dużo, dużo bardziej zaskakujący! Dodam też, że pierwsza historia jest zainspirowana krążącą "urban legend", ale przekształconą na czarodziejski sposób; motyw wykorzystany w drugiej jest tak popularny, że trudno określić jego proweniencję - jednak kiedy na to wpadłam, pomyślałam o starym opowiadaniu "Małpia łapka" Williama Wymarka Jacobsa; trzecia - którą poznacie jutro - to nasz autorski pomysł. 
Aby nie przedłużać - zapraszamy do straszliwej lektury! 






Nadszedł najlepszy dzień w roku dla każdego czarodzieja! HALLOWEEN! W ten dzień czarodzieje mogli chodzić po ulicach Londynu w szatach i nikt nie miał ich za dziwaków, a różdżka stanowiła tylko częścią charakteryzacji. W Halloween mogli wtopić się w tłum. Ale najlepsze w tym dniu były – oczywiście – SŁODYCZE! Morze słodyczy – jabłka w karmelu, czekoladki, żelki, batoniki... Długo by tutaj wymieniać! Halloween to naprawdę słodkie święto! Chyba, że… Ktoś wpadnie na pomysł, by jabłka nadziać żyletkami, a czekoladki nafaszerować arszenikiem – ale wtedy impreza zaczyna się naprawdę!

W Hogwarcie z okazji tego dnia zwolniono wszystkich uczniów z zajęć, aby mieli czas na psoty i zabawy. Od rana w zamku panowała atmosfera pełna grozy. Duchy wyskakiwały z różnych miejsc, strasząc uczniów. Jęcząca Marta zawodziła mocniej niż zwykle; Prawie Bezgłowy Nick latał z głową opuszczoną na ramieniu; natomiast Krwawy Baron uwziął się na Irytka, który - za każdym kiedy go widział - piszczał z przerażeniem i uciekał.

Uczniowie biegali po korytarzach w upiornych maskach i opychali się tonami ciasta dyniowego. Jednak jeden Ślizgon miał zgoła inne plany na ten wieczór niż niewinne zabawy.

- Pansy! Na gacie Merlina! Ściągnij tę maskę! Jest straszna! – krzyknął Blaise Zabini z udawanym strachem.

- Idioto, nie mam maski na twarzy – warknęła dziewczyna.

- Oczywiście – mruknął Blaise, ignorując oburzenie Parkinson. – Mimo wszystko dzisiaj jest twój szczęśliwy dzień! Nie dość, że twoja twarz jest dzisiaj atutem, to…

- Zabiję cię!

- To jeszcze zapraszam cię na imprezę! Obecność obowiązkowa! – Zabini wcisnął wściekłej dziewczynie zaproszenie w kształcie lampionu z dyni i uciekł.

Pansy chciała je od razu wyrzucić, jednak przyglądając się dziwacznie wyglądającej kartce, wpadła na inny pomysł. Mrożący krew w żyłach pomysł.

- Judith! – Do dormitorium wpadła zadyszana Sophie, kurczowo ściskając coś w dłoni. Rhodes leniwie podniosła na nią oczy znad sterty czekoladowych żab, z którymi miała zamiar spędzić wieczór. – Zostaw te cukry proste i wskakuj w wyjściową szatę! Idziemy na imprezę.

- Nie.

- Nie? Dlaczego?! – spytała Sophie, a Judith przewróciła oczami.

- Bo mi się nie chce – odpowiedziała, wyciągając się na łóżku. Puszek wskoczył jej na brzuch i wygodnie się na nim ułożył.

- To nie idź – odparła obojętnie Sophie, a Judith popatrzyła na nią podejrzliwie. Nie namawiała jej? Nie groziła rzucaniem Zaklęć Niewybaczalnych? Nie złapała Puszka i nie wystawiła go za okno, grożąc, że go wyrzuci? – Dzisiaj chyba mam ochotę na Ślizgona. Najlepiej na Malfoya, wiesz, tego z TYCH Malfoyów! – dodała, będąc już u progu dormitorium.

- Malfoy tam będzie? – spytała niby obojętnie Rhodes.

- Och, tak. To impreza Zabiniego. Wiesz, zaprosił nas jako przykład sztandarowych lesbijek w Hogwarcie… – odparła beztrosko Sophie, a Judith zerwała się z miejsca i w popłochu zaczęła szykować.

Po kilkudziesięciu minutach Sophie i Judith znalazły się w Pokoju Wspólnym Griffyndoru. Judith dojrzała bliźniaków Weasley w dziwnych przebraniach – George był owinięty papierem toaletowym, który prawdopodobnie miał go upodobnić do mumii, a Fred miał na sobie białą koszulę i czarną pelerynę – kiedy wyszczerzył się w głupkowatym uśmiechu, dostrzegły wampirze kły.

- Oni też są zaproszeni? – spytała niepewnie Judith, ale nie uzyskała odpowiedzi. – Wymyślne przebrania – burknęła do Weasleyów.

- A ty za co się przebrałaś? Za Śmierciotulę? – spytał kpiąco Fred.

- Nie jestem przebrana – odparła cierpko Judith.

- A ja jestem czystokrwistą czarownicą! Chociaż raz w roku! – zawołała Sophie, chowając włosy w ogromnej tiarze.

- To idziemy na tę imprezę? – spytał nagle Potter, który do nich podszedł.

- Ty też? – mruknęła z niedowierzaniem Rhodes.

- BA! CO TO ZA IMPREZA BEZ POTTERA! – zawołał Harry, spychając ich na bok.

- Ktoś się chyba przebrał za własne ego – skomentowała zjadliwie Judith.

- W sumie to czemu idziemy na imprezę do Ślizgonów? Przecież oni nas nienawidzą. Przecież my nienawidzimy ich. Przecież nie wpuściliby tam mugolaczki! – zawołał George, kiedy znaleźli się już na korytarzu.

- Bla bla bla – odparła Judith ze znudzeniem.

- Chcę wyssać twoją krew! – zawołał Fred do Sophie, a Meyers zaczęła głupkowato chichotać.

- Zaraz zwymiotuję – mruknął ze zdegustowaniem George, a Judith skwapliwie pokiwała głową.

W końcu znaleźli się koło Kamiennej Ściany, która prowadziła do Pokoju Wspólnego Slytherinu – Potter zaczął uderzać w nią z całej siły pięścią.

- Tak? – Ze środka wyłonił się Blaise Zabini – Harry brutalnie zepchnął go na bok, mamrocząc coś o tym, że to jemu należy się pierwszeństwo.

- Hmm… Skoro bydło już weszło, to zapraszam – stęknął Blaise, rozmasowując obolałe ramię. Na głowie miał dziwny turban, a na twarzy – dosyć osobliwy makijaż. Ślizgon spojrzał na Weasleyów niechętnie, ale w końcu stwierdził, że przynajmniej w miarę odpowiadają jego gustom estetycznym.

- A co ty, Quirell? – bąknęła Judith.

- DRACULA! – odpowiedział upiornie Blaise i zaśmiał się diabelsko; nagle z Pokoju wydobył się duszący, biały dym, a Gryfoni spojrzeli po sobie niepewnie – dopiero po chwili zdecydowali się wkroczyć prosto do paszczy WĘŻA!

- Co te bździągwy tutaj robią? – Przywitała ich Millicenta Bulstrode, lustrując Sophię i Judith. Ślizgonka wyglądała – trzeba przyznać – dosyć kusząco. Odziana była w barokową suknię, która podkreślała jej największe walory – a same walory także nie należały do tych najmniejszych. – I Wieprzlejowie? – Spojrzała z odrazą na bliźniaków. – I POTTER?! – wrzasnęła. – Blaise, co ty odpierdalasz? – spytała, mrużąc oczy.

- Millie, złotko! – zaszczebiotał Zabini, kładąc rękę na pulchnym ramieniu Bulstrode. – Dzisiaj Halloween. Trzeba komuś zniszczyć życie. Ile można śmiać się z Parkinson? – spytał, ale Ślizgonka nadal minę miała nieprzyjemną. – Och, daj spokój, przecież wiesz, że jesteś jedyną kobietą, dla której zostałbym hetero…

- Niech będzie – wymruczała wreszcie łaskawie Bulstrode. Bliźniacy natomiast trącali się łokciami i prawie ślinili, wpatrując w dekolt Millicenty.

- Przestańcie się gapić na te dojce! – fuknęła Sophie.

- Och, jako lesbijka powinnaś chyba je docenić… - Uśmiechnął się głupkowato Fred.

- Wolę SZCZUPŁE dziewczyny! – zawołała Meyers. Millicenta popatrzyła na nią jak na robaka, który śmiał wyjść spod jej podeszwy.

- Przebrałaś się dzisiaj za deskę, Meyers? Bo nie dosyć, że jesteś strasznie sztywna, to… - Popatrzyła wymownie na jej biust, który cóż – nie był zbyt imponujący! – A i nie ma za co! – Uśmiechnęła się radośnie.

Sophie rzuciła karcące spojrzenie bliźniakom, którzy zaczęli skrycie się podśmiewać.

- A ty za krowę w czasie laktacji? – spytała Gryfonka bez cienia uśmiechu na twarzy.

- Nie dziwię się, że zostałaś lesbijką, Meyers. Faceci raczej wolą, wiesz, kobiety, które nie wyglądają jakby wyszły z Azkabanu… - mruknęła Millicenta, jeszcze bardziej wypinając klatkę piersiową do przodu. – Ale mam parę zaklęć powiększających, gdybyś potrzebowała… A i…

- TAK, WIEM, NIE MA ZA CO! – krzyknęła Sophie, która już poczerwieniała ze złości.

- Przykro mi, ale 2:1 dla niej… - szepnął George.

- Drogie panie! – Podszedł do nich Blaise. – Obie przecież jesteście piękne! Ale dzisiaj zajmiemy się czymś innym…

- Czym? – spytał ze znudzeniem Malfoy, który chował twarz za maską Śmierciożercy. Nie wiedział, co tutaj się dzieje – i co więcej, wolał nie pytać.

- PRZEPOWIEM WAM… - Blaise zrobił dramatyczną ciszę, po czym nagle wyciągnął – nie wiadomo skąd – okrągły, przezroczysty przedmiot. – PRZYSZŁOŚĆ!

- Skąd to wytrzasnąłeś? – spytała Judith, przypominając sobie, że Sybilla Trelawney od rana chodziła po zamku i płakała za swoją zagubioną szklaną kulą. Jednak Zabini zignorował jej pytanie – wyskoczył na środek pokoju i powiedział dziwnie brzmiącym głosem:

- Opowiem wam dzisiaj historie upiorne – historie, które zdarzyć się mogą, ale zdarzyć się wcale nie muszą… A więc zasiądźcie, moi mili, i słuchajcie!

- Czemu mnie dzisiaj wszyscy ignorują – mruknęła sama do siebie Judith.

- Usiądźcie w kółeczku! – zawołał Zabini, klaszcząc w dłonie.

- Myślałem, że będzie impreza - a nie przedszkole – powiedział z przekąsem George.

- SIADAĆ WSZYSCY, CHCĘ USŁYSZEĆ SWOJE PRZEZNACZENIE! – Potter wydarł się, a wszyscy posłusznie opadli na poduszki, które leżały wokół stolika, na którym stała magiczna kula.

- To co wam powiem nie może wyjść poza mury tego pokoju – powiedział Blaise, przybierając mroczny ton głosu. Głaskał leniwie kulę, która zaczęła zmieniać kolor z mlecznej na purpurową. – Opowiem wam trzy historię! O miłości, oddaniu oraz szaleństwie!

- To brzmi jak denna telenowela – wtrącił się Fred.

- Wcale nie, brzmi to jak w moim ulubionym serialu! – zawołała podekscytowana Sophie, która już zapomniała, że miała przyjść na imprezę a nie kółko wspólnej adoracji.

- A gdzie alkohol? – burknęła Judith.

- NAJPIERW WYSŁUCHACIE MOICH HISTORII! – wydarł się Blaise. Wziął głęboki oddech i znów- przybierając mądry i mroczny ton głosu - dodał:

- Po części artystycznej przyjdzie czas na poczęstunek! Czyli napierdolimy się jak świnie i może się wam poszczęści i zaliczycie – oznajmił obojętnie. – A teraz stulcie pyski i słuchajcie!

W Malfoy Manor od kilku tygodni panowało poruszenie, jednak dopiero w ostatni dzień października wszyscy naprawdę postradali zmysły. Skrzaty krzątały się, aby uwinąć się ze wszystkim na czas. Narcyza Malfoy chodziła nerwowo po rezydencji i sama sprawdzała, czy kwiaty są idealnie ułożone w wazonach, czy ozdobne draperie układają się w perfekcyjne kształt oraz - czy potrawy są wystarczająco pyszne. Co prawda, upilnowała też, czy wina są odpowiednio mocne, więc po kilku godzinach chwiała się lekko na nogach –jednak, cóż, tego dnia wszystko MUSIAŁO być perfekcyjne, więc mogła się poświęcić. W końcu to miał być idealny dzień. Najważniejszy dzień w życiu jej jedynego syna – Dracona Malfoya - który tego dnia miał poślubić wybrankę swojego serca, Judith Rhodes.

- Coooo?!  - wydarli się jednocześnie Malfoy i Rhodes.

- Czy możecie łaskawie zamknąć mordę na więcej niż dziesięć sekund? – spytał się poirytowany Zabini. – Staram się was zabawić!

- Ale my mielibyśmy być małżeństwem? – spytała się Judith, nerwowo chichocząc. Draco spojrzał na jej cycki i stwierdził, że mogło być gorzej. Zawsze to mogłaby być Pansy.
- Czemu nie mówimy o mnie?! – zirytował się Potter.

- Jeszcze trochę i rzucę na was wszystkich Imperiusa, abyście się w końcu zamknęli i słuchali – warknął Blaise. Dużo czasu zajęło mu przygotowanie do swojej roli! Od pół godziny nie miał łyka alkoholu w ustach i czuł się jak prawdziwy abstynent, a świat zaczynał nabierać dziwnie szarawych barw. Dodatkowo turban nieprzyjemnie uciskał mu głowę. – Wróćmy do historii! – oznajmił przez zaciśnięte zęby, postanawiając, że jeśli ktoś mu choć raz przeszkodzi, to go zabije.

Draco Malfoy czuł się jak ryba w wodzie. Wszyscy od rana tylko mu gratulowali, życzyli mu szczęścia, adorowali go i usługiwali mu. Był to najlepszy dzień w jego życiu od czasów odejścia z Hogwartu. Dodatkowo miał poślubić miłość swojego życia – najpiękniejszą dziewczynę w szkole!

(W tym momencie Sophie chciała dodać jakąś uwagę, że najpiękniejszą dziewczyną w Hogwarcie jest ona sama. Już otwierała usta, jednak gdy tylko napotkała spojrzenie Blaise’a, od razu zamilkła.)

Co prawda, by stała się najpiękniejszą, trzeba było rzucić na nią kilka zaklęć upiększających i powiększających odpowiednie rejony ciała… Jednak po wielu godzinach udręki Judith stała się godna arystokraty!

Nastał moment uroczystości. Ślubu miał im udzielić nie kto inny, jak wspaniały i cudowny Blaise Zabini, który był ubrany w dziwną, czarną szatę.

- Tak się cieszę! – wykrzyknęła Narcyza Malfoy, wpatrując się z zachwytem w Dracona, który właśnie przeglądał się w lustrze. – Wreszcie naprawimy swoją reputację! Nie dosyć, że bierzesz ślub z Gryfonką, to jeszcze są tutaj szla… Mugole i zdrajcy… Weasleyowie!

- Tak, matko, właśnie dlatego biorę ślub – mruknął obojętnie Draco. Wyglądał tego dnia po prostu obłędnie! Tego dnia nikt mu nie mógł zepsuć! Nawet Wieprzlejowie, którzy przyszli na jego ślub - miał chociaż nadzieję, że potrafią posługiwać się sztućcami.

- Wyglądam dobrze? – spytała niepewnie Judith, która – podobnie jak jej przyszły mąż – także wpatrywała się w swoje oblicze. Raczej nie przypominała siebie! Raczej nie czuła się komfortowo w długiej sukni, o którą się potykała! Raczej to nie był JEJ biust!

- Wyglądasz oszałamiająco! – odparła szczerze Sophie, która co rusz robiła zdjęcia magicznym aparatem. W końcu po tragicznej śmierci Rity Skeeter, to ona była czołową dziennikarką „Proroka Codziennego” i cóż – jeśli, drogie dzieci, myślicie, że ta gazeta wcześniej była zła, to nie chcecie wiedzieć, jaka stała się za czasów panowania Sophie Meyers!

- Dobra, to idę! – zawołała Rhodes. – Tato, przeszedłeś wreszcie przez te drzwi?! – zawołała głośno.

- Próbuję, próbuję! – odparł pan Rhodes, który zaklinował się brzuchem w przejściu.

Ślub jak to ślub – nic ciekawego. Ale jeśli chcecie znać szczegóły, to Blaise Zabini nie pił tego dnia alkoholu, co spowodowało u niego wytrzeszcz oczu! Pan Meyers ledwo człapał na nogach, prowadząc swoją córkę do ołtarza, a Judith – mimo protestów Narcyzy – usadziła swoje koty w tylnym rzędzie.

- Chcecie za siebie wyjść? Bo ja się chce najebać! – wykrzyknął Zabini.

- Tak. Chcę. Jesteś najcudowniejszym mężczyzną, jakiego poznałam w życiu! – zawołała Judith do Dracona, ocierając łzy wzruszenia!

- Tak, kochałem cię od pierwszego roku swojej nauki, kiedy twoja przyjaciółka narzygała mi na buty! – odparł Draco.

- BLAISE, POMIJAJĄC… POMIJAJĄC CAŁĄ ŻAŁOSNOŚĆ TEJ HISTORII, TO MYŚLISZ, ŻE TAK BRZMIAŁABY MOJA PRZYSIĘGA ŚLUBNA?! – Zirytował się Malfoy, plując aż ze zdenerwowania na swojego ślizgońskiego kompana.

- I czemu mówisz o sobie w trzeciej osobie? – spytała Sophie z powątpiewaniem, ale była ZACHWYCONA. Miała zostać główną redaktorką „Proroka Codziennego”!

- ZAMKNĄĆ JAPY! – wydarł się Blaise, który nagle wyciągnął ze swojego kostiumu bicz i brutalnie uderzył nim o podłogę. Przypadkowo – no może nie tak całkiem przypadkowo - trafił prosto w Pottera.

- Jeszcze! – wykrzyknął Harry, rozdzierając koszulkę na swojej piersi. – Uwielbiam być męczennikiem!

- WRACAJĄC DO MOJEJ HISTORII – zaczął mówić Blaise - to ślub przebiegł w miarę normalnie. Judith i Draco pocałowali się namiętnie, a wszyscy PRAWIE PŁAKALI ZE WZRUSZENIA. Szczególnie Sophie Meyers, która ryczy zawsze – co prawda ryczała też z tego powodu, że Fred Weasley jej się jeszcze nie oświadczył, bo miał ochotę zostać wiecznym kawalerem - ale mniejsza o to! I wtedy ktoś wpadł na pomysł – na pomysł, który miał się zakończyć tragicznie. Tym razem – zdziwicie się, moi drodzy – to nie byłem ja.

- Po pięknej ceremonii ślubnej – kontynuował Zabini - wszyscy udali się do sali balowej. Zabawa trwała w najlepsze. Ktoś, nie wiadomo kto, rzucił PRAWDOPODOBNIE (jednak wszelkie zarzuty zostały oddalone) Imperiusa na mugolską wokalistkę Beyonce, która dawała prawdziwe show na scenie. No cóż, Sophie JAK ZWYKLE poryczała się przy piosence „Single Ladies” oraz kilka razy boleśnie uderzyła torebką Freda.

- Może przejdziesz w końcu do konkretów, Blaise? – fuknęła już mocno poirytowana Millicenta.
 - I wcale bym nie płakała na piosence o tak żałosnym tytule! – dodała urażona Sophie, ale przeraziła się faktu, że może zostać starą panną na zawsze. Szczególnie kiedy jej przyjaciółka - wariatka z dziesięcioma kotami - wyjdzie za mąż pierwsza!

- NIE DACIE ZBUDOWAĆ NAPIĘCIA! – wydarł się chłopak.

Późno w nocy, kiedy to już większość gości rozeszła się pijana do swoich pokoi, grupa znajomych dalej siedziała przy stole i piła na całego.

- Czas się zabawić! – stwierdził Draco, wstając chwiejnie od stołu.

- Taaak! – zawołała Judith. Na środku stołu stał Puszek. Puszek niestety nie dotrwał do ślubu, jednakże dziewczyna postanowiła się z nim nie rozstawać i oddała go wykwalifikowanemu taksydermiście, który uczynił jej pupila wiecznie żywym.

- Pobawimy się w chowanego! – zaproponował Malfoy, a wszyscy pokiwali ochoczo głowami. W końcu gdy łeb pijany, to wszystko wydaje się zabawne. – To będzie szampańska zabawa!

Świeżo upieczona Pani Malfoy została wytypowana do liczenia. Jednak nie zdawała sobie sprawy, że odlicza do prawdziwej, prawdziwej tragedii!

Kiedy w końcu doliczyła do stu, wszyscy już byli pochowani. Odszukanie wszystkich nie zajęło jej dużo czasu – Sophie schowała się pod stołem, Fred założył na głowę abażur i udawał lampę, George wszedł do zbroi (przy czym zrobił tyle hałasu, że został odnaleziony od razu), no a ja… Padłem przy swoim miejscu, gdyż udało mi się w końcu przejść do tego cudownego stanu upojenia alkoholowego pomiędzy życiem a śmiercią!

Jednakże jednej osoby nie mogła znaleźć Judith! Najważniejszej OSOBY! Poszukiwała Dracona po całym Malfoy Manor, jednak nigdzie go nie bbyło. Po chwili do pomocy przyłączyli się ci co bardziej trzeźwi - Narcyza oraz skrzaty - jednak pomimo usilnych starań nie udało im się go znaleźć!

- I to ma być straszna historia? – zaśmiał się Fred.

- Brzmi raczej jak fantazja – dodał George.

- Przynajmniej on kiedyś weźmie ślub – załkała Sophie w rękaw Judith.

- Co dalej? Znajdziecie mnie? – dopytywał się Draco, którego opowiadanie naprawdę zaciekawiło.

Judith natomiast siedziała rozanielona – miała wyjść za Dracona! Cóż za piękna wizja! Co za wspaniałe życie ją czekało!

- Zanim Draco zsika się z ekscytacji, a Rhodes ściągnie majtki…. – zaczął mówić znowu Zabini – przejdę może do mojej historii, KTÓRĄ MI CIĄGLE PRZERYWACIE. Dracona nadal nigdzie nie było – co prawda Judith znalazła Pana Wąsika – albo swojego ojca, nie była do końca przekonana – który zajadał się kawałkiem szaty Pana Młodego, ale nadal – PUDŁO! Narcyza próbowała rzucać przeróżne zaklęcia, ale nic, nic nie pomogło w odnalezieniu jej syna!

- Może był w toalecie? – spytał ze znudzeniem George.

- Może zjadła go Śmierciotula? – dodał Fred, patrząc wymownie na Judith.

- Wieprzlejowie, mylicie się! – Pokręcił głową Zabini. – Nawet sam najwybitniejszy czarodziej Blaise Zabini próbował go szukać – na próżno. Dracona nie udawało się odnaleźć przez kilka następnych tygodni. – Malfoy poczuł, że skóra cierpnie mu od tej historii. Zrzucił z siebie maskę Śmierciożercy i wyczekująco wpatrywał się w Blaise’a. – Wtedy Judith postanowiła udać się do starej wiedźmy, Sybilli Trelawney, która miała za zadanie pomóc jej odnaleźć męża!

- Czy zabrała go jego była mopsia dziewczyna? Czy to ona go porwała? – pytała Judith ze łzami w oczach.

- Chyba jestem niekanoniczna! – skomentowała cierpko Rhodes.

- ZAMKNIJCIE SIĘ ALBO RZUCĘ NA WAS CRUSIATUSA! Trelawney odpaliła kadzidła i pogrążyła się w transie.

- Na strychu! Na strychu go szuuukaj! – odparła wreszcie grobowym głosem.
Judith uznała, że Sybillia jest wariatką – nie wiadomo, czemu nie pomyślała o tym wtedy, kiedy chodziła do niej na zajęcia. Jednak kiedy wróciła do posiadłości Malfoy Manor, poczuła dziwny smród. Zawsze co prawda trochę tam śmierdziało – nie wiedziała, co Lucjusz mógł trzymać w niektórych pokojach! – ale teraz smród był przeraźliwy. Wyczyściła kuwetę swoim kotom, WIĘC CO MOGŁO BYĆ NIE TAK?!

- Nie sądzisz, że tutaj śmierdzi… Mamo? – spytała ostrożnie Narcyzy, która właśnie nalewała sobie koniaczku do literatki.

- Właśnie chciałam porozmawiać o twojej higienie, Judith. Wydaje mi się, że powinnaś częściej się myć – odparła na to pani Malfoy.

- NIE! TEN ODÓR WYPŁYWA ZE STRYCHU!

- Niemożliwie. Nikt tam nie wchodzi. My… - Narcyza zakłopotała się lekko. – Kiedy Czarny Pan tutaj przybył, rzuciliśmy na strych specjalne zaklęcie, żeby Ministerstwo nie mogło wykryć jego obecności. Nie działa tam żadna magia… - odparła Narcyza i obie panie Malfoy popatrzyły na siebie z prawdziwym przerażeniem!

- To… to niemożliwe! – zająknęła się starsza pani Malfoy i razem z Judith natychmiast pobiegły na strych. Wbiegły po schodach, potykając się po drodze o Pana Wąsika, i otworzyły szeroko drzwi. Ze środka buchnął jeszcze większy odór.

- Na rany Merlina – wyrzuciła z siebie Judith, wchodząc do środka. Śmierdzące powietrze gryzło ją w oczy, do których napływały łzy.

- GDZIE JEST MOJE DZIECKO?! – wydarła się Narcyza, otwierając po kolei wszystkie szafy.

- Tam – Judith wskazała na skrzynię, której niedomknięte wieko ukazywało kawałek czarnego garnituru -takiego samego jak miał Malfoy w dniu zaślubin. Kobiety podeszły na drżących nogach do skrzyni i uniosły wieko. W środku leżał nie kto inny, jak Draco, który - już dawno martwy - zaczynał się rozkładać. Panie Malfoy wrzasnęły, a Narcyza zemdlała. Judith spojrzała na swojego martwego męża. Coś ruszało się pod jego marynarka. Ostrożnie ją odchyliła. W środku, w wyjedzonej jamie brzusznej, siedziały trzy rude kociaki. DZIECI PANA WĄSIKA!

- To było… kiepskie – stwierdził ze znudzeniem Fred.

- Kim jest Pan Wąsik?! – Judith zaczęła histeryzować. Jej kot kanibalem! Niemożliwe! Jeszcze miał zjeść miłość jej życia!

Draco prychnął, zakładając ręce na piersi. Nie takiego zakończenia się spodziewał.

- W Malfoy Manor nie ma strychu – odpowiedział dumnie. – Są tylko specjalnie komnaty Czarnego… - Ugryzł się w język, gdy napotkał rozszalałe spojrzenie Pottera.

- DOKOŃCZ COŚ ZACZĄŁ! – wydarł się Chłopiec, Który Przeżył, prężąc przy tym muskuły. Millicenta mimowolnie zachichotała.

- Ta historia jest nieprawdopodobna – mruknął lekko przestraszony Malfoy, ignorując wybuch Pottera. Postanowił w duchu, że nigdy, PRZENIGDY, nie wejdzie wyżej niż na drugie piętro swojej rezydencji. Niech skrzaty umierają - a nie on!

- To nie ja wymyślam te historię – powiedział zimno Zabini. – To kula dalej mi tajemną wiedzę! Ja ją tylko wam przekazuję, marni śmiertelnicy! – Pod koniec zaśmiał się dziko, a w pomieszczeniu rozbłysły pioruny. Wszyscy spojrzeli po sobie.

- Jakim cudem? Tu nie ma okien! – zaczęła histeryzować Sophie, która sobie właśnie uświadomiła, że nienawidzi Halloween! Teraz będzie musiała spać do końca roku z Judith! A jak wróci, to z tatusiem! Zaczęła nerwowo obgryzać paznokcie, martwiąc się, by żadna z tych opowieści nie dotyczyła jej. Jednak wtedy na jej osobę padł cień. Cień Blaise’a Zabiniego.

- Kolejna historia – powiedział cicho i spokojnie – może zdarzyć się już za dwa lata. Wydarzy się wielka wojna czarodziejów, w której polegnie wielu. Jeden ze zmarłych jest wśród nas.

Sophie poczuła, jak zaczyna się pocić. Nie lubiła się pocić. Pocą się tylko biedni ludzie. Jednak odetchnęła z ulgą, gdy palec Zabiniego wskazał kogoś innego.

- Kolejna historie jest o tragicznych skutkach… ŚMIERCI FREADA WEASLEYA! – zawołał, a tym razem w pomieszczeniu rozgrzmiały grzmoty.

- Nie! – zawyła Sophie i zaczęła szarpać Freda Weasleya za rękaw – Fred ŻYJESZ?! ŻYJESZ?!- pytała gorączkowo, uderzając w Gryfona pięściami.

- Jeszcze tak, ale zaraz mnie zabijesz – odparł spokojnie Weasley.

- Nie chce słuchać tej historii! – zawołał George, krzyżując ręce na klatce piersiowej.

- Wyluzujcie – powiedział beztrosko Fred, rozsiadając się wygodnie na poduszce. – Nigdy jeszcze nie umarłem, chętnie posłucham! – powiedział i jedną ręką objął łkającą Sophie, a drugą poklepał po ramieniu brata.

- Och, podobno ktoś tutaj jest lesbijką – mruknęła kpiąco Millicenta.

- A więc… - Chrząknął znacząco Blaise. - Podczas Bitwy o Hogwart … A takie tam porachunki z Voldemortem, nie każcie mi tego tłumaczyć! W każdym razie Fred Weasley został ugodzony śmiertelnym zaklęciem przez Augusta Rookwooda. Jego rodzina była załamana – ale w sumie Weasleyów było i tak wielu, a jeszcze miało się ich namnożyć – więc po jakimś czasie ten ubytek nie był taki znaczący! Jednak George i Sophie pogrążyli się w prawdziwej żałobie – siedzieli w ciemnej piwnicy i pili dziesiątą Ognistą Whisky z rzędu w ciągu trzech dni. Nawet ja nie osiągnąłem takiego wyniku!

- Jak mi smuuutno! – wyłkała Sophie i tym razem jej płacz – wyjątkowo - wydawał się szczery. W rękach trzymała wymiętoloną koszulę swojej zmarłej miłości.

- Tego się nie da nazwać smutkiem – stwierdził cierpko George.

- Ja… Ja budzę się i go nie ma!

- Ja zasłoniłem wszystkie lustra.

- Ja śpię z jego rzeczami!

- Ja chodzę w jego gaciach! Czasami udaję, że nadal z nim jestem i mówię na przemian!

- A ja… Patrzę na ciebie i wyobrażam sobie, że to on! I że to ty umarłeś! – zawołała płaczliwie Sophie. George nie zwracał uwagi na piskliwy głos dziewczyny – nie wiadomo czy to była wina upojenia alkoholowego, smutku, czy utraconego ucha – w sumie to całkiem zabawne, że nie dosyć, że George został okaleczony, to jeszcze jego brat bliźniak umarł zamiast – weźmy na ten przykład – Percy’ego… Nawet JA bym go nie przeleciał! Dobra, dobra, wracam do meritum!

- A może – stwierdził nagle George – powinniśmy wziąć ślub? Będziemy mieć dziecko i nazwiemy je Fred? To prawie jakby był z nami!

- JESTEŚ POJEBANY?! RZECZYWIŚCIE, CO TO ZA RÓŻNICA – TY CZY TWÓJ BRAT! – wykrzyknęła Sophie. – JA CHCĘ FREDA! JAK ON ŚMIAŁ UMRZEĆ!- wrzasnęła, a George zamyślił się na chwilę.

- Kiedyś… - zaczął mówić dziwnym głosem Weasley – zabiliśmy z Fredem w Hogwarcie panią Norris.

- Co mnie obchodzi ten jebany kot, SKORO FRED NIE ŻYJE?

- Słowo daję, nie wiem, jak Fred zamykał ci usta! – odparł George. – Ale mniejsza o to… - dodał smutno – zabiliśmy ją, całkiem przypadkowo.... Wiedzieliśmy, jakie konsekwencje nas spotkają, więc w starej, egipskiej księdze podarowanej nam przez Billa znaleźliśmy zaklęcie… Zaklęcie wskrzeszające! Dzień później pani Norris wróciła do Hogwartu.

- TO CO MY TUTAJ ROBIMY?! CHODŹMY WSKRZESIĆ FREDA!

- Nie wiem, czy to może zadziałać na ludzi – odparł nerwowo George. – A pani Norris… Była dziwna. Lubiła później jeść szczurze mózgi. Nigdy już nie była normalnym kotem…

- A interesuje cię to? – spytała chłodno Sophie, która nagle poderwała się z miejsca. – Chcę go z powrotem! – wycedziła nieznoszącym sprzeciwu tonem.

- Ja też tego chcę, ale nie wiem, czy to jest najlepsze rozwiązanie, Sophie… – odpowiedział niepewnie George i zawiesił głową. I zaczął ryczeć, słowo daję – RYCZAŁ! No co za baba!

- A więc zrobimy to, George – powiedziała władczo Sophie i – chwytając Weasleya za podbródek – podniosła jego głowę do góry. – Chcesz tego, prawda? – spytała bezwzględnie.

- Bardziej niż czegokolwiek na tym świecie – odparł zrezygnowany George.

- Gdzie musimy iść?

- Na cmentarz.

Zerwali się ze swoich miejsc. Sophie czekała przed Norą, kiedy George poszedł na górę po księgę zaklęć. Nora nie była już tym samym wesołym miejscem. Pani Weasley zaadoptowała, za radą Judith, pięć kotów, które spasła do ogromnych rozmiarów, wcisnęła na nie niebieskie swetry z dużą literą „F” na piersi i nazywała je Fred I, Fred II, Fred III - i tak dalej. Pan Weasley zamykał się na cały dzień w swojej komórce, w której rozkładał i na nowo składał mugolskie urządzenia – cóż, to była jedyna rzecz, która się nie zmieniła. Ginny wyprowadziła się z domu i zamieszkała z grupą hipisów, którymi dowodziła Luna wraz z Nevillem. Jedli korzonki i palili jakieś dziwne zielska. Ron za to został moim osobistym niewolnikiem, gdyż jako JEDYNEMU INTELIGENTNEMU udało mi się wyjść obronną ręką z bitwy o Hogwart oraz z późniejszych, związanych z nią komplikacji.

- Gdzie się wybierasz, George? – spytała się Molly, która właśnie wpychała Fredowi IV do pyszczka szynkę.

- Przejść się z Sophie, niedługo wrócimy – odpowiedział nerwowo chłopak, chowając książkę za plecami. Gdyby jego matka się dowiedziała co mają zamiar zrobić, oszalałaby ze wściekłości. Chociaż z drugiej strony – George spojrzał na matkę, która teraz tuliła wszystkie koty do piersi i cicho zawodziła – ona chyba i tak skończyła najgorzej z was wszystkich.

- Molly nienawidzi kotów – przerwał historię George. Nie podobała mu się ona i to bardzo!

- Kiedyś jakiś zjadł jej złotą rybkę – dodał obojętnie Fred. Jego natomiast nudziła ta historia. Jak na razie było za mało Freda w tej fredowej historii!

- Kontynuując – zaczął Blaise, tracąc po raz kolejny cierpliwość – zanim was wszystkich uśmiercę w tej historii…

- Przecież nie możesz zmieniać przepowiedni! – wtrąciła się Judith.

- A posmakowałaś kiedyś avady?! – warknął Zabini. Kiedy dziewczyna spuściła wzrok ze skruchą, ten poprawił swój turban, odchrząknął i kontynuował opowieść.

Sophie i George dotarli na cmentarz dopiero po dwóch godzinach marszu. Co właściwie było dla nich dobre, bo zdążyli trochę wytrzeźwieć. Kiedy dotarli do sporej wielkości krypty – ja naprawdę nie wiem, skąd was było na to stać, ale podejrzewam, że George - oprócz ucha - stracił też nerkę! – otworzyli wrota i weszli do środka. Na samym centrum stała trumna, a nad nią górował posąg Freda, który daje jakimś pierwszoklasistom do spróbowania czekoladek z bombonierki Lesera. Sophie spojrzała krytycznie na Weasleya.

- No co? To było jego ostatnie życzenie – mruknął chłopak, rozkładając wokół trumny świece. Dziewczyna otworzyła księgę w miejscu zaznaczonym przez George’a.

- Musimy otworzyć trumnę, oddać ofiarę z naszej krwi na ciało Freda, by mogło się zrekonstruować i wypowiedzieć zaklęcie – poinformował ją Weasley. Meyers kiwnęła tylko głową i podeszła do trumny i razem z Georgem otworzyli wieko. Buchnął na nich zapach zgnilizny i rozkładającego się ciała. Sophie krzyknęła, łapiąc się za usta i zalała się łzami.


- Mnie zastanawia jedno – wtrącił się Fred, a Blaise’owi zaczęła niebezpiecznie drgać powieka. - Czy na weselu Judith i Malfoya byłem już jako zombie czy to było jeszcze przed moją śmiercią?

- No chyba jako zombie – burknął Draco – nie zamierzam brać ślubu przed ukończeniem szkoły!

Judith spojrzała na chłopaka smutnie i stwierdziła, że może jednak te katalogi z modą ślubną, które przed chwilą potajemnie zamówiła, jeszcze jej się nie przydadzą.

- Wy absolutni idioci – powiedział chłodno Blaise – te historie nie są ze sobą powiązane, A WRĘCZ SIĘ WYKLUCZAJĄ!

- To co było dalej? – spytał Fred, opierając łokieć na podłodze. – Czy jako trup byłem równie zabawny?

W trumnie leżało martwe ciało Freda Weasleya. Cóż, umarł tydzień temu – nie zdążyły jeszcze zjeść go robaki. Meyers, dalej łkając, chwyciła mocno George’a za dłoń i z całej siły wbiła mu nóż w serdeczny palec – po czym przejechała nożem po własnej dłoni. Krople krwi zaczęły opadać na ciało Freda.

- Uroczyście przysięgam, że knuję coś… Niedobrego – wyszeptał nieprzytomnie George, po czym wyciągnął różdżkę i wrzasnął – Resurrectione!
Całe pomieszczenie wypełniło się światłem – ciało Freda zaczęło gwałtownie drgać. Sophie nerwowo objęła George’a, histerycznie wrzeszcząc. George stał osłupiały. Po chwili drgawki ustały… Fred Weasley otworzył oczy i wstał z trumny. Nieprzytomnym wzrokiem rozejrzał się po pomieszczeniu. George i Sophie wpatrywali się z niepokojem w Weasleya. Wreszcie Sophie wykrzyknęła:

- Fred! – I rzuciła się chłopakowi na szyję. Nie przeszkadzało jej, że trochę śmierdzi, ma nieprzytomny wzrok i jest w ogóle jakiś taki mało świeży.

- BRACIE! – George zawtórował dziewczynie i uwiesił się na szyi Freda.

- Mózgi – wymamrotał Fred.

- CO? – spytała Sophie, ocierając łzy.

- Mózgi – powtórzył jej wskrzeszony kochanek.

- CZEMU ON TO MÓWI, GEOOORGE? – zawyła Shannon, a Fred zasłonił sobie uszy w popłochu i zaczął wydawać piskliwie odgłosy.

Weasley nie odpowiedział – złapał za ogon przebiegającego nieopodal szczura i rozwalił mu głowę o pomnik. Z łebka zwierzęcia wypadła dziwna, różowa masa – George wyjął ją i wsadził swojemu bratu do ust. Fred nagle się uspokoił i poklepał po brzuchu.

Cóż, przez kilka dni George i Sophie działali w pełnej konspiracji – trochę głupio im było powiedzieć, że Fred jednak żyje, szczególnie biorąc pod uwagę, że odbył się już pogrzeb.

- Am! Am! – wołała Sophie, wkładając co rusz Fredowi do ust łyżeczkę z dziwną, różową galaretą.

- Mózgi – powiedział nieprzytomnie Weasley.

- ZAMYKAJ GĘBĘ, JAK JESZ! – wydarła się Meyers, co spowodowało, że Weasley zaczął piszczeć – ale przy następnej porcji mózgu przynajmniej zamknął paszczę.

- Podobno jeśli zje mózg kogoś inteligentnego… - mruknął George, przekopując książki – to wróci jego dawny umysł!

- Naprawdę? – zapiszczała Sophie, klepiąc Freda po głowie niczym szczeniaka. – Jak mówi mózgi, to mam wrażenie, że wyznaje mi miłość! – powiedziała, przyduszając do piersi truposza tak mocno, że groziła mu powtórna śmierć. - A co jeśli on zje nasze mózgi? – spytała nagle.

- Nie, nie, nie, nie może zjeść mózgu nikogo z rodziny! – zaprzeczył George, lustrując tekst. – A ciebie wydaje się lubić – mruknął, patrząc, jak Fred wystawia język niczym krowa i liże Sophie po twarzy.

- Śmierdzisz mózgiem! Przestań tyle jeść szczurzych mózgów, bo będziesz gruby! – fuknęła Meyers. – A tak w ogóle lepiej się rusz i zrób mi kawę! Natychmiast!

- Mózgi – odparł Fred, ale wstał z miejsca i nastawił czajnik.

- Cóż, pewne rzeczy nigdy się nie zmienią – mruknął pod nosem George.

- To może zabijemy kogoś mądrego i damy Fredowi do zjedzenia jego mózg? – spytała spokojnie Sophie, popijając kawę. Miała wrażenie, że Fred posłodził ją mózgami.

- Kochaneczki, przyszłam do was z wizytą! Przyniosłam jedzenie! – George i Sophie zerwali się z miejsca, słysząc donośny, ale jednak bardzo przygnębiony głos pani Weasley.

-  Już idziemy, mamo! – zawołał George, nerwowo rozglądając się za kryjówką dla Freda. Wepchnął go siłą do szafy, a by uciszyć jego piski dał mu butelkę ze smoczkiem napełnioną zmielonymi mózgami. – Mama na razie nie może nic wiedzieć! – wytłumaczył pośpiesznie się Sophie i wypchnął ją z piwnicy. Wpadli na Molly w momencie, kiedy ta już sięgała do klamki.

- Zrobiłam wam kanapki z pasztetem – powiedziała, próbując się uśmiechnąć, jednak przypominało to bardziej grymas bólu.

- Znowu z pasztetem… - mruknęła Meyers, ale kiedy George nadepnął jej mocno na nogę ta pośpiesznie wzięła kanapkę i zaczęła ją rzuć. – Mniam mniam, czyżby to z gnoma?

- Ze Śmierciotuli – odpowiedziała pani Weasley, wycierając ukradkiem łzy.

- No dobra, teraz sobie robisz z nas jaja – mruknął znudzony Fred. Jako zombie nie był tak zabawny jak teraz, a wiedział, po prostu WIEDZIAŁ, że w każdym stanie będzie wspaniały! 

- I w życiu bym nie tknęła kanapki z pasztetem, stać mnie na kawior – prychnęła Sophie.

- A Śmierciotula nie jest jadalna – wtrącił się George.

- Może Wieprzlejowa chciała was zabić, by mieć więcej miejsca na koty? – spytała się Millicenta, która w czasie opowieści zdążyła przysunąć się do Pottera, którego teraz leniwie gładziła po torsie.

- Jak nazwałaś naszą mamę?! – wydarli się Weasleyowie, łapiąc za różdżki. Jednak Zabini ich wyprzedził i walcząc, naprawdę WALCZĄC ze sobą, by nie użyć czegoś mocniejszego, rzucił na bliźniaków Drętwotę.

- Dobrze, teraz możemy kontynuować – powiedział usatysfakcjonowany, kiedy bliźniacy leżeli bez ruchu na ziemi, jedynie śląc mu nienawistne spojrzenia.

Sophie, gdy tylko wróciła do piwnicy, wyrzuciła kanapki z pasztetem i otworzyła małe okienko, by wysłać sowę do Pizza Mag, jednak gdy tylko to zrobiła, do środka wleciała wielka, ruda sowa.

- Zabierz to ptaszysko, zabierz! – wydarła się, próbując odgonić od siebie ptaka.

- Uspokój się, to nowa sowa Hermiony, Krzywoskrzydł – powiedział George, zabierając od ptaka kopertę.

- Durna nazwa – mruknęła dziewczyna, poprawiając włosy. – Co panna Granger wypisuje?

- Bla bla bla, zostanie Ministrem Magii, bla bla bla, oraz dyrektorem Hogwartu, bla bla bla… – Weasley mało uważnie przeglądał list. – I chce się z nami spotkać.

- Nie chce widzieć jej króliczych zębów. Będzie się tylko wymą… - urwała nagle Meyers i znacząco spojrzała na George’a. – Mam pomysł.

- Jaki?

- Przecież to logiczne i proste! – zawołała dziewczyna. Podeszła do szafy i otworzyła ją szeroko. Na dnie siedział skulony Fred, który obejmował dłońmi butelkę i ssał ją jak dziecko. – Dzięki niej możemy odzyskać Freda takiego, jakiego znaliśmy wcześniej i kochaliśmy!

- Ale jak Hermiona ma nam w tym pomóc? Jest mądra, ale nie wie więcej niż to, co wyczytaliśmy w książkach – odparł smutno George, siadając na ziemi i próbując wywabić brata z szafy za pomocą grzechotki.

- Właśnie, Hermiona jest MĄDRA!

- Wiem! Ale co nam po tym?

-Idioto – warknęła dziewczyna. – Nakarmimy nią Freda.

George upuścił gwałtownie grzechotkę i z przerażeniem popatrzył na Sophię.

- Żartujesz…

- A czy jestem w nastroju do żartów? – wycedziła Meyers i machnęła różdżką w kierunku szafy. – Depulso! –wrzasnęła i mebel brutalnie uderzył w ścianę, po czym rozpadł się na dwa kawałki.

- Nie możemy jej zabić! Nie możemy poświęcić czyjegoś życia… I to… Nasza przyjaciółka!

- Chyba twoja. Nigdy nie darzyłam jej sympatią – stwierdziła cierpko Sophie, gładząc po plecach przestraszonego Freda. – Twój brat jest debilem. I tak go ożywiliśmy, więc mamy przejebane, zamkną nas w Azkabanie, jeśli się o tym dowiedzą. Chcesz, żeby na zawsze pozostał upośledzoną małpą?

George opuścił głowę i milczał.

- Kogo wolisz, George? – spytała upiornie Meyers i podeszła do Weasleya. Chwyciła go mocno za podbródek i popatrzyła mu w oczy. Jego brat w tle pałaszował szczura. – Hermionę czy Freda?

- Ja… To zaszło za daleko… - Motał się przez chwilę Weasley, ale słysząc dźwięk pękających kości gryzonia, powiedział bezradnie – Ja… Ja nie mogę jej zabić i z nią rozmawiać.

- Nie będziesz musiał. Rzucę Jęzolepa na Ciebie. I zajmę się wszystkim – odparła. – Ty tylko do niej napiszesz, że ma przyjść jutro – dodała rozkazująco, a George chwycił drżącymi rękami za pergamin.

- Nie możemy rzucić zaklęcia niewybaczalnego… - dodał jeszcze Weasley. – Ministerstwo…

- Och, George, bądź spokojny. Zrobimy to po mugolsku.



CIĄG DALSZY NASTĄPI!
Już jutro!

costume animated GIF